2019-02-25

trzy miesiące wcześniej...

Ostatni tydzień listopada.

Synku, 

z ogromną niecierpliwością czekamy na Ciebie. Moje ciało jest gotowe na Twoje przyjście, lekarz każe mi tylko czekać na jakiekolwiek skurcze. Kontrolne badania KTG notują jakieś małe, pojedyncze, ale zdecydowanie za słabe, żeby mówić o początkach porodu. Po każdej wizycie na Izbie wieczorem mam informować naszego lekarza, jak się czuję i wtedy będziemy podejmować decyzje, co robić dalej. Mój SMS praktycznie za każdym razem wygląda tak samo. Przesyłam informację, że czuję się bardzo dobrze, KTG prawidłowe, skurczy brak i poczekajmy jeszcze na rozwój akcji. Dajmy szansę naturze. Bo bardzo marzy mi się poród naturalny, bez niepotrzebnych przyśpieszaczy w postaci oxytocyny, jak to miało miejsce podczas dwóch poprzednich moich pobytów na porodówce. Piję herbatę z liści malin, chodzę po schodach na nasze 4 piętro kilka razy dziennie, tam umyję podłogę, tu zrobię kilka przysiadów i nic. i wiem ,że gdyby nie moje zdecydowanie, już dziś byłbyś na świecie, bo ostatnie USG pokazują, że ważysz już około 4 kg i zdaniem lekarza, teraz tylko niepotrzebnie rośniesz w masę. Ale ja chcę czekać. Skoro nic się nie dzieje, to znaczy, że masz jeszcze czas. Swój czas. A nawet nie ma jeszcze właściwego terminu, więc po co przeszkadzać naturze i ingerować. I chociaż poprzednich porodów nie wspominam źle i na tamten czas byłam z nich zadowolona, to teraz wiem, że wiele rzeczy było zupełnie niepotrzebnych i tym razem chciałabym, żeby było inaczej. 

27 listopada - w dniu właściwego terminu porodu udaję się na KTG, dostaję informację od kolejnego lekarza, że mam się następnego dnia rano zgłosić do szpitala ( i wiem, że powtórzy się scenariusz, którego bardzo chciałam uniknąć - fotel, kroplówka i czekanie na skurcze). Ale nie chcę też sprzeciwiać się osobom kompetentniejszym, obawiam się, żeby mój upór nie doprowadził do tego, że wagowo okażesz się spory i w ostateczności wylądujemy na cesarskim cięciu. Dzwonię do Twojej Babci, żeby przyjechała do Twojego rodzeństwa, bo następne kilka dni spędzę w szpitalu. Kłócę się jeszcze w międzyczasie kilka razy z Panem Bogiem, bo przecież tak bardzo modliłam się o te skurcze, i co jest złego w tym, że marzy mi się tak bardzo naturalny poród. Przyjeżdża Babcia, jemy wspólnie kolację, dopakowuję torbę do końca, domalowuję (bezbrawnym!)lakierem paznokcie, modlimy się z Twoim Tatą o mądrego lekarza i położną podczas porodu i przed północą kładziemy się spać. Mam w sobie mnóstwo emocji, które nie pozwalają mi zasnąć. Ekscytacja na myśl, że to już pewnie jutro zobaczę Ciebie połączona z obawą, że to JUŻ JUTRO - PORÓD! Jaki będzie? Czy starczy mi sił? Zaczynam odczuwać jakieś delikatne skurcze, ale takie to towarzyszyły mi już nie raz, ale na wszelki wypadek postanawiam nie usypiać, a zaczynam odmawiać koronkę. I po chwili czuję w środku swojego ciała, jakby coś pękło. Nieznane mi dotychczas doświadczenie, taki dziwny dźwięk w sobie. Przebiegła mi myśl, że to może pęcherz płodowy pękł, ale, że nic się nie zaczęło dziać, to myśl po chwili minęła. Dopiero gdy wstałam do toalety, wody zaczęły wypływać, a skurcze się nasilać. Gdyby nie Mama, która kazała nam się szybko zbierać do szpitala, nie wiem, czy nie uparłabym się, żeby jeszcze czekać i liczyć odstępy między skurczami. Były bolesne, ale krótkie, trwały po kilkanaście sekund, ale podczas nich byłam w stanie wszystko zrobić. Kilka minut po pierwszej jechaliśmy do szpitala i wysyłałam SMSa naszemu lekarzowi informację, że za chwilę będę na porodówce. Podczas wypełniania wszystkich papierowych dokumentów skurcze się nasilały, odstępy co 7-5 minut, a podczas badania na izbie lekarka oceniła rozwarcie na 7cm. "ale Pani nie wygląda, jakby miała skurcze, co 5 minut". Na sali porodowej były cztery osoby, Tata cały czas przy mnie i dwie fantastyczne młode kobiety - położna i lekarka. I tylko muzyka w tle i cisza. I o 2:40 pojawiłeś się na świecie, zaraz po moich pełnych zdziwienia słowach: "ale to JUŻ???". I powiem CI Synu, że przytulenie do piersi takiego małego, umazanego człowieka, który właśnie opuścił Twoje ciało to najbardziej niesamowite, niewiarygodne i najpiękniejsze przeżycie. Po raz kolejny doświadczyłam CUDU, po raz kolejny byłam i nadal jestem pełna podziwu dla Stwórcy, że tak to wszystko zostało przemyślane. Gdy Cię tuliłam do siebie nawet nie zapłakałeś, byłeś taki spokojny i od razu pojawił się odruch ssania, bo zacząłeś szukać swojej "mlecznej krainy". I wiesz co CI jeszcze powiem..., że siła modlitwy jest ogromna. Moje prośby o piękny poród zostały wysłuchane, i wiem, że ten 28 listopad to była data zapisana od początku tam na Górze. Przecież lepszego planu nie było. Przyjechała Babcia - nie musiałam w nocy zaczynać dzwonić, ani do Cioci Izy, ani do Cioci Marty i czekać, aż przyjadą , bo nie wiem, czy wtedy zdążylibyśmy dotrzeć do szpitala. Nie musieliśmy organizować opieki do dzieci następnego dnia, bo Opieka już była na miejscu. Był środek pięknej nocy, na Kraśnickiej - cichej i spokojnej. Nie mogłam wymarzyć, by było lepiej!

JESTEŚ MÓJ CUDZIE! Najdroższa Istotko. Jakże można tak Kochać!!

2018-11-10

Synku,

czekamy na Ciebie. Nawet nie wiesz, ile osób czeka wraz z nami na Twoje przyjście. Mamy fantastycznych ludzi wokół siebie, którzy co chwila pytają mnie o nasze samopoczucie, dają zapewnienie pomocy, gdy tylko takiej będziemy potrzebować. W przedszkolu Twojego rodzeństwa mam upoważnione dwie Przyjaciółki, które w momencie Twoich narodzin odbiorą i zaopiekują się Marcelką i Karolem. Przyjaciółki, które jeszcze jakiś czas temu nie istniały w naszym życiu, a teraz mogę śmiało je tak nazywać i pisać przez duże "P". Dziewczyny, Twoje Ciocie zorganizowały mi mój pierwszy w życiu Baby Shower. Pierwszą imprezę - niespodziankę. Był tort, piękne prezenty, (własnoręcznie zrobiona kołyska z pieluch (IZA<3), z której myślę, że nie wyciągnę ani jednego pampersa w najmniejszym rozmiarze, bo najzwyczajniej w świecie chciałabym, żeby przetrwała i jak najdłużej cieszyła moje oko. Wspólnie wybieraliśmy imię dla Ciebie. Wśród gości królował Maksymilian i Stanisław, ale mnie żadne z nich w pełni nie przekonuje.
-"Karol, a Ty jak chcesz, żeby się braciszek nazywał? Maksio, czy Stasio? - pyta Ciocia Marysia
-"JASIO!!"
Ewentualnie Twój mądry starszy Brat proponuje nazywać się Mandarynką, ewentualnie Kajtek bez majtek i do tego Srajtek. Dziś też spodobało mu się imię Jerzy, jak Jeż Jerzyk z gangu słodziaków z Biedronki. Ale do Jurka nikt mnie nie przekona :) I właściwie mamy 3 opcje. Kornel (Wtedy miałabym Melkę, Lolka i Nelka), Miłosz i Nikodem. A Ty Synu, które wybierasz?? 

Gdy w 31 tygodniu ciąży byłam na wizycie u swojego lekarza, ten z racji skracającej się szyjki macicy i twardego brzucha kazał mi więcej odpoczywać, żebym nie musiała lądować w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i sterydoterapii. Więc ograniczałam się tyle, ile mogłam, ale podświadomie czułam, że nie ma obaw, że Ty podobnie jak Twoje rodzeństwo nie będziesz się śpieszył z przyjściem na ten świat. Dwa tygodnie później cała sytuacja wyglądała już znacznie lepiej, szyjka się zatrzymała, Ty jesteś duży i silny, więc lekarz kazał odstawić wszelkie leki rozkurczowe i nie ma potrzeby przesadnego leżenia. 
30.10 podczas wizyty między 35, a 36 tygodniem ważyłeś 3 kg, wg USG jesteś starszy o 2-3 tygodnie i możesz urodzić się już nawet 12 listopada, ale właściwy termin to  27-30 listopad. 

Ciocia Kamila, gdy spotykamy się w przedszkolu bacznie obserwuje mój brzuch i twierdzi, że się znacznie obniżył. Ja czuję bardzo intensywne Twoje ruchy, bolesne w dolnej części podbrzusza, przechodzące w lekkie kłucia, chwilowe uciski na pośladki, czy uda. I najgorszy jest moment zasiedzenia się, czy poleżenia w jednej pozycji, bo później zanim wstanę i rozruszam bolesny kręgosłup musi minąć chwila, zanim zacznę chodzić normalnie - bez bólu. W nocy budzę się, co 3-4 godziny, bo swoim ciężarem uciskasz mój pęcherz, więc urządzam sobie wędrówkę do toalety, do kuchni po wodę, do pokoju dzieci, by ich ponakrywać, a często zanim zdążę wyjść z ich pokoju są już z powrotem rozkryci. Potem kładę się na boku, odwracam w stronę Twojego łóżeczka i myśląc o Tobie zasypiam. Poza tym jest nieźle jak na ten tydzień ciąży, ogarniam domową rzeczywistość, mieszczę się w swoje buty, noszę na zmianę dwie pary spodni, Twoja starsza Siostra robi mi "drapanko po plecach", które uwielbiam. Karol stwierdził, że może mnie drapać, ale jak Mu zapłacę pięć złotych. 
Mam przygotowane rzeczy do szpitala, w kartonie stoi wózek, dla moich potrzeb - idealny. No prawie, bo stwierdziłam, że nie wymyślono jeszcze idealnego wózka, który odpowiadałby mi w 100%. Ale, jeśli będę szukała pracy na etat - śmiało mogę zatrudnić się w sklepie z wózkami, bo ten temat stał mi się bardzo bliski w ostatnim czasie. W szafce bachną jabłkowe muffinki, w lodówce rosół, sernik z dyni i ryż zapiekany z jabłkami, w zamrażalniku gołąbki i pulpety od Babci, na paznokciach przeźroczysty lakier, na biurku plan porodu. Wygląda na to, że jestem gotowa. I modlę się codziennie, byś i Ty zechciał sam, bez szpitalnych zabiegów przyjść na ten świat. Naturalnie, bezpiecznie. 

CzekaMY!!

2018-09-19

Maluszku - bezimienny jeszcze Synu!

Od niespełna 30 tygodni mieszkasz pod moim sercem. Ważysz 1717g według wczorajszego badania USG i wagowo jesteś większy od liczonych przeze mnie ciążowych tygodni. Wiercisz się nieustannie, ale Wy - moje dzieci chyba tak macie - , bo po raz kolejny odnoszę wrażenie, że nie sypiasz. Nagrywam pojawiające się i przemieszczające po całym brzuchu wypukłości Twoich części ciała. Czuję pod powłokami Twoje rączki? nóżki? - tego rozpoznać nie potrafię. I wiesz, mówiłam to ostatnio Twojemu Tacie - chociaż mam Cię ciągle ze sobą - tęsknie już do Ciebie. 

Ale może zaczniemy od początku? Opowiem Ci pierwsze tygodnie naszego wspólnego życia...

Jest środa. Środa Wielkiego Tygodnia. 28 marzec. Kolejny już dzień, w którym mój organizm daje mi sygnały, że być może rozpoczynasz swoją piękną przygodę - życie! Wracam z przeszkolenia, po zakupionej wczoraj nowej kasie fiskalnej, po drodze kupuję test ciążowy, z myślą, że zrobię go następnego dnia z samego rana - wtedy wg producentów jest najbardziej wiarygodny. Ale standardowo - nie wytrzymuję do rana. Po przekroczeniu progu domu, od razu kieruję się w stronę toalety i nie muszę długo czekać, żeby na teście zobaczyć dwie kreski...Mówię Tacie, a On stwierdza, że przecież o tym wiedział, że przeczuwał, o czym mi już kilka dni wcześniej mówił. Po raz pierwszy - nie płaczę. Tata pyta się, czy ma zostać w domu, czy może jechać do pracy po takich wieściach. Jedzie. Chyba trochę dumny, z lekkim jeszcze niedowierzaniem, radością. Podobne uczucia towarzyszą i mi. Bo przecież marzyliśmy oboje o tym, żeby mieć więcej niż dwoje dzieci, bo doceniamy dar, jakim jest dziecko, wiedząc, że nie wszyscy tego doświadczają. Bo mamy przeświadczenie, że z Bożą pomocą damy radę,  nie kalkulujemy kosztów, a mamy przed oczami same zyski. Z drugiej strony - w mojej kobiecej/matczynej psychice nie nadszedł jeszcze ten moment, że z rozczuleniem zaglądam do wózków, rozpływam się na widok niemowlaków, a raczej cieszę w chwilach, gdy dwoje Twojego rodzeństwa bawi się wspólnie, a ja mogę leżeć i czytać. Zaczęłam doceniać te momenty, w których moja obecność przestała być im niezbędna w wielu czynnościach i poczułam lekkie przerażenie, że ta moja - powiedzmy- wolność w niektórych sytuacjach na nowo zostanie zakłócona. 
Telefonicznie pochwaliłam się Twoim Dziadkom, chociaż mogłam przecież poczekać te kilka dni i zrobilibyśmy im niespodziankę podczas Świąt, ale oczywiście nie wytrzymałam. Niech już tradycją zostanie, że wieści o kolejnym dziecku przekazuję telefonicznie. 

Podczas Wielkoczwartkowego nabożeństwa w Kościele - zapominam o Twoim istnieniu. Podnoszę i trzymam na rękach Twojego niemałego już przecież brata i dopiero Tata zwraca mi uwagę, że przecież nie powinnam dźwigać i muszę szczególnie na siebie uważać w tych pierwszych tygodniach. Modlę się za Ciebie, za Twoje istnienie...

Podczas Świąt przeszukuję internet w poszukiwaniu nowego lekarza prowadzącego. Wiem, gdzie chciałabym, żebyś przyszedł na świat, więc szukam specjalisty, który spokojnie nas przez te niecałe już 40 tygodni doprowadzi do szczęśliwego rozwiązania. Robię rozeznanie wśród bliskich mi kobiet-Mam, porównuję z opiniami w internecie i umawiam się na pierwszą wizytę. 
Zaraz po Świętach - lekarz potwierdza wszelkie symptomy mojego organizmu - "piękna ciąża, 6 tygodni", słyszę pierwsze bicie Twego serca, dostaję listę badań do wykonania, trzecią już w swoim życiu kartę ciąży. I wracam do domu z postanowieniem zmiany lekarza. Ten nie spełnił moich oczekiwań, zbyt szybko, bez większego zainteresowania, nie poczułam tej przysłowiowej "chemii" i zaczęłam kolejne poszukiwania. Tym razem padło na młodego lekarza-mężczyznę, którego już sam widok wzbudził moją sympatię. Uśmiechnięty, rzeczowy, poświęcając pacjentce tyle czasu, ile potrzebuje bez poczucia pośpiechu. Z pełnym przekonaniem wyrzuciłam "starą" kartę ciąży, na rzecz nowej i wyszłam z przekonaniem, że dobrze nam się będzie razem współpracowało przez następne miesiące.

Synu, mam nadzieje, że w najbliższych dniach dopiszę dalszą część tej historii, naszej historii. Moje plecy potrzebują odpoczynku na lewym boku, a trzymanie laptopa na kolanach i pisanie skutecznie to uniemożliwia. Tata od godziny śpi, Twoje rodzeństwo od dwóch, teraz czas na mnie i na Ciebie!