2017-12-15

Córo moja,

od tygodnia rusza Ci się dolna jedynka. Jesteś z tego niesamowicie dumna, bo już od początku nowego roku przedszkolnego słyszałam opowieści o koleżankach i kolegach, którzy utracili swoje pierwsze mleczne zęby i widziałam, że Ty też z niecierpliwością czekasz na ten dzień. Sprawdzasz, czy tkwi jeszcze na swoim miejscu, czy nie ruszają Ci się kolejne, czy Karol ma wszystkie tam, gdzie być powinny. 

Od ponad dwóch tygodni śpisz na górze piętrowego łóżka. Zaliczyłaś pierwszy upadek. Nie, na szczęście barierka chroni Cię na tyle, że w nocy śpisz bezpiecznie, a przyczyną Twojego wylądowania na ziemi jest Twój młodszy brat, który po prostu z premedytacją leżąc u Ciebie, wypchnął Cię stopą, gdy chciałaś do niego dołączyć. I wiesz, podziwiam Cię za Twoją cierpliwość do Niego. Mądrość, że nie oddajesz Mu na tyle mocno, że nie chodzi posiniaczony i nie leci do nas z płaczem. Nie wiem, czy ja bym miała tyle cierpliwości, gdyby co chwila ktoś łapał mnie za nogę i nie pozwalał iść, zabierał zabawki, którymi akurat się bawię i twierdził, że bardzo potrzebuje własnie teraz tego fioletowego kucyka, gdyby był taki namolny i upierdliwy w swoich zabawach, przytulaniach i nawalaniach się ciężarem swojego ciała. 

Uwielbiam obserwować, czy po cichu znad kuchennych garów przysłuchiwać się Waszym zabawom, Twoim próbom "urobienia" młodszego brata, gdy On chce się bawić z Tobą w dom, Ty zupełnie nie masz na to ochoty i dajesz mu zaszczytną rolę...listonosza :) A Karol? Przeszczęśliwy! Bierze książki i roznosi je po pokojach, twierdząc, że to ulotki, a on przecież jest listonoszem. Albo kiedy chcesz, żeby dał Ci chwilę spokoju to wymyślasz Mu jakieś zadania: "No masz tu kartkę i namaluj Mamie/Tacie ładny obrazek". Kiedy po powrocie z przedszkola chcesz spędzić trochę czasu tylko ze mną, pomóc mi w przygotowaniu obiadu/kolacji, móc w spokoju kroić/przyprawiać/przewracać naleśniki na patelni podstępem bierzesz Karola - "może pójdź do Taty i razem sobie pooglądacie motory"...

Obserwując Ciebie, Twoje zachowania, reakcje na codziennie sytuacje - często widzę siebie.  Wulkan emocji. Wybuchowość i nerwowość, która po krótkiej chwili mija. Złość, kiedy coś idzie nie po Twojej myśli. Zamazany w złości cały rysunek/szlaczek, kiedy coś Ci się nie udało. Jakbym pamiętała siebie sprzed lat. Też w złości zamazywałam to, co mi nie wyszło, gniotłam kartkę i czym prędzej wyrzucałam, by zacząć od nowa lub wkurzałam się tak, że już do tego nie wracałam. 
Nie lubisz przegrywać. Denerwujesz się, gdy ktoś pierwszy pozbywa się kart, gdy nie docierasz pierwsza do mety. Twierdzisz, że gra jest głupia i dalej grać nie chcesz. 

I nasze relacje to nieustanna przeplatanka emocjonalna. Od ogromnej miłości po stwierdzenia, że mnie nie lubisz, nie chcesz mnie słuchać, po trzaskanie drzwiami i ogrom złości. Wiesz mi Słońce, czasem kiedy rano wstajesz, zastanawiam się, jaki humor będzie Ci towarzyszył. Czy zdenerwujesz się, gdy poproszę Cię o prężniejsze wybieranie się do przedszkola, czy z byle powodu będę słyszała burczenie. I po raz kolejny wtedy przebiegnie mnie dreszcz na myśl o okresie dojrzewania, bo czasem mam wrażenie, że jesteśmy już u jego początków. Podobnie z nastrojami bywa zaraz po odebraniu z przedszkola, bądź po przekroczeniu progu mieszkania. I wierz, nie jest łatwo być spokojną, mówić delikatnym głosem i tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć. Nawet Tata zauważa, że w stosunku do mnie na dużo więcej sobie pozwalasz. Może wynika to z faktu, że zdecydowanie ze mną przebywasz więcej, ale też wiem, że zdecydowanie nas łączą najsilniejsze relacje. I wiem, że kochamy się najmocniej! 

Przeprowadzamy poważne rozmowy na temat dzieci. Skąd się biorą, w jaki sposób się rodzą. Wiesz już, że mogą przyjść na świat na dwa sposoby i dlaczego mamy pępek. 
Zaczynasz czytać sylabami. Przestałaś mi nieświadomie dogryzać podczas naszych wspólnych przejażdżek samochodem. Chyba zauważyłaś, że jak wyjeżdżamy do miasta, to nie słychać trąbienia, że ogarnęłam wycofywanie, co właściwie umiałam od początku, tylko Ty twierdziłaś, że nie umiem ;), że zaczęłam odpowiadać w samochodzie na Wasze pytania, nie wymagam już absolutnej ciszy i nawet kłócić się możecie. 

I mamy grudzień. Ba! Już nawet połowę. Na ścianie tradycyjnie już od 2014 roku wisi kalendarz adwentowy. Już ze 3 razy co najmniej chciałam go zdejmować, jak słyszałam Wasze jęki ( gumy??? ale ja wolę czekoladkę.; ale to dzisiaj tylko zadanie??? Samo zadanie???). Pod kalendarzem stoi nasz wieniec adwentowy, zapalamy odpowiednią ilość świec i się wspólnie przy nim modlimy. Chodzimy na wieczorne roraty z lampionami zrobionymi ze słoika i bibuły, i cieszy mnie, że po przyjściu wieczorem z Kościoła mówisz mi: "A wiesz za co ja dziękowałam w ciszy Panu Bogu, jak Ksiądz mówił, żebyśmy przez minutę za coś podziękowali? Za to, że mam fajnych rodziców i brata, że mamy mieszkanie, i że nie jesteśmy biedni, że mamy jedzenie i taki fajny kalendarz na ścianie...I dzisiaj zapalimy świecę i przez minutę będziemy w ciszy dziękowali, a potem w głos to powiemy, dobrze?Zrobimy tak?" 

I tak zrobiliśmy. I dziękowałaś za wszystkich członków naszej rodziny, łącznie z czworonogami, przeprosiłaś za krzyki do mnie, wysłuchałaś moich podziękowań i przeprosin. I cieszy mnie to, że myśląc o świętach, nie zastanawiasz się, co Ci przyniesie Mikołaj, trudno Ci było nawet powiedzieć, o czym tak naprawdę marzysz. Nie oglądasz reklam, nie interesują Cię żadne pełnometrażowe bajki, boisz się oglądać takich, gdzie występuje jakikolwiek element zła, więc wiem, że ucieszy Cię wszystko. A najbardziej to, że spotkasz się z najbliższymi, o czym sama często wspominasz. Chcę, byście wiedzieli, oczywiście z uwzględnieniem wieku, w jakim jesteście - o co tak naprawdę chodzi w tym Bożym Narodzeniu, że ubieramy choinkę, pieczemy pierniki, robimy ozdoby, przygotowujemy się do Świąt nie dlatego, że jest taka ogólna "moda" na  "bożenarodzenie", ale, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej. I zdecydowanie święta nie będą Wam się kojarzyły ze świątecznymi porządkami, bo takowe w naszym domu nie istnieją :) 

I wiesz za co jeszcze mogę dziękować Bogu?? Za mądrość mej Córki! 

2017-11-01

Słońca Wy moje,

jesteśmy po wrześniowych zawirowaniach związanych z przedszkolem Karola. Moje wcześniejsze pozytywne myśli i przypuszczenia, że dobrze zadomowisz się Synu w miejscu, które odwiedzasz codziennie, w sali, która do tej pory była miejscem zabaw Twojej starszej Siostry, a od września miała być Twoim, po kilku pierwszych dniach całkowicie się zmieniły. Serce mi pękało, gdy widziałam Ciebie siedzącego samemu na dywanie, wtulonego w ukochaną podusię i nie jedzącego ze wszystkimi obiadu, bo przecież Mama powiedziała, że przyjdzie zaraz po obiedzie, więc siedziałeś i czekałeś, wpatrując się w drzwi. Drugi raz pękło mi na placu zabaw, wprawdzie Ciebie zabrałam całkiem radosnego ( bo Melka była obok), ale widok innych, płaczących, szwendających się po dworze dzieci, których nikt nie pocieszał, nie przytulił utwierdził mnie/nas w decyzji. Chyba tylko Wasz Tata i Babcia Beatka wie, ile mnie tych kilka dni Twojej obecności w przedszkolu łez, niepokoju i stresów kosztowało. A odetchnęłam dopiero gdy, podpisałam papier o Twoim wypisie. Potem przeszliśmy miesięczną infekcję(??) układu moczowego. Chociaż infekcją tego nazwać chyba nie można, bo wszelkie badania wyszły wzorowo. Do toalety biegałeś po kilkadziesiąt razy dziennie. Wychodziłeś z niej, by po 3 sekundach znów wrócić. Biegłeś przed nałożeniem butów i po nałożeniu, przed nałożeniem kurtki i już w niej na sobie. Przed wejściem do sklepu i zaraz po wyjściu. Kilka razy w ciągu jednego odcinka Peppy. Na kilka dni przerzuciliśmy się z powrotem na pieluchy, bo sytuacja bardzo męczyła i Ciebie, i nas, a zapach moczu odnosiłam wrażenie, że unosił się po całym mieszkaniu. Czy to był wynik stresów związany z sytuacją w przedszkolu, tak silne emocje, które w ten sposób dały o sobie znać? Potwierdzenia nie mamy, tak piszą mądrości internetowe, ale najważniejsze, że po miesiącu sytuacja sama się unormowała. Przestałeś się pytać (co jeszcze jakiś czasu temu było codziennością), czy dziś idziesz do przedszkola. Od razu sam odpowiadałeś, że nie chcesz, że nudzisz się tam bardzo i wolisz być z Mamą w domu, że mogę sobie pracować w domu/malować panie, a Ty nie będziesz przeszkadzał. A gdy wychodzimy gdzieś wszyscy razem do znajomych upewniasz się za każdym razem: A rodzice tam będą? 


I tak zostaliśmy razem Synu w domu. Pozmieniałam trochę plany, które do tej pory miałam w głowie, a których realizację miałam rozpocząć od września. Ciężej jest ogarnąć wszystko z Tobą, bo lubisz, kiedy moja uwaga jest skoncentrowana w całości na Tobie. I uwielbiasz wszystko robić ze mną? Mogę wsadzić tabletkę do pralki/zmywarki? Mogę popsikać? Mogę zmywać podłogi? To ja będę to kroił. Tak, te ostatnie czynności należą do Twoich ulubionych. Zapytany przedwczoraj o to, co możesz mi pomagać, wymieniłam Ci kilka czynności, na które wszystkie odpowiedziałeś, że to nudne. To co nie jest nudne? Gotowanie nie jest nudne! - odrzekłeś. I rzeczywiście. Wolisz być ze mną w kuchni, niż oglądać bajkę! Kroisz zwykłym nożem, mieszasz, przyprawiasz. I to jedne z nielicznych czynności, które Cię nie nudzą i które wykonujesz widać z przyjemnością. Do innych nie bardzo się garniesz. Sprzątanie? Schowanie ubrań do szafy? Ubranie się/rozebranie? O takich rzeczach trzeba Ci przypominać kilka(naście) razy, upominać, prosić, bo Tobie się nie chce/teraz nie możesz/zrobisz jak wrócimy/zjemy itp...

A poza tym to nerwowa i wybuchowa Istota z Ciebie. Krzyczysz gdy się mocno zdenerwujesz, walisz drzwiami od łazienki, stukasz w nerwach w szafę na korytarzu, próbujesz mnie ze złości ścisnąć. Grozisz, że zaraz wyleję ten cały sok na podłogę/popsuję Ci szczotkę do zębów/rozsypie wszystkie kredki...Niesamowicie wewnętrznie śmieszą mnie te Twoje groźby, bo zawsze silnie starasz się znaleźć coś takiego, co znajduje się w pobliżu Ciebie, a czego wykonanie mogłoby wprawić mnie w zdenerwowanie. Na szczęście ja się Twoich gróźb nie boję, wprawdzie żadnej jeszcze nie spełniłeś, a Twoja złość mija Ci tak samo szybko, jak przychodzi. Lubisz się przytulać, pieszczoch z Ciebie niesamowity, wrażliwiec jeszcze większy i esteta. Zwracasz uwagę na takie rzeczy, o które nie podejrzewałabym 3 letniego chłopca. Uwielbiasz kwiaty, co zawsze podkreślasz komentarzem zobacz, jak piękny kjat! Fordy Mondeo i taksówki z koniczyną wypatrujesz na odległość i buzia Ci się (dosłownie) nie zamyka. Nie wiem, ile razy dziennie słyszę Prawda Mamo? A mówisz tyle, że ostatnio sam stwierdziłeś A ja Ci to już ostatnio mówiłem, prawda Mamo? Mówiłem w poniedziałek i wtorek i w czwartek i sobotę. Tak Synu, mówiłeś, Ty w ogóle bardzo dużo mówisz. A zobacz, jakie puste gałęzie, już nie ma nich liści. A zobacz tam są worki, pewnie są w nich liście, prawda Mamo? Zobacz, jaki mały traktor. Widzisz? Pewnie po te worki przyjechał. A zobacz Mamo, tak stoi taki podobny samochód do Twojego. A co to jest tam napisane na przedszkolu? A to drugie? A ciekawe, co dziś Melka jadła w przedszkolu? Ale dziś wieje, co Mama? 

A gdy do domu wraca Marcelinka, to Ona staje się dla Ciebie wzorem, to w niej szukasz wszelkiego uznania i odpowiedzi, a przedpołudniowe prawda Mamo? zamieniasz na prawda Melcia? Kiedy Marcelka śpiewa piosenki z przedszkola, Ty podłapujesz kilka wyrazów i układasz swoją piosenkę. Gdy Marcelka koloruje, Ty siadasz obok Niej i też chcesz kolorować. Kiedy Marcelka robi swoje baletowe figury, Ty też zaczynasz tańczyć. Tak wiem, czasem z przekory jej przeszkadzasz, każesz kończyć, bo Ty teraz chcesz zaprezentować swoje umiejętności i przerywasz jej w pół zdania, ale wiem, że to Twój najlepszy wzór do naśladowania. 

A taka krótka migawka z dzisiejszego dnia, którą chciałabym zapamiętać. Ciebie - śpiącego w Kościele, rozłożonego, jak na łóżku w pierwszej ławce - przed samym ołtarzem. I chodzącego po cmentarzu na Lipowej, w Dziadkowej czołówce na głowie, co wzbudzało ogólne zainteresowanie innych, oglądającego groby po kolei i krzyczącego: Zobacz Melcia, jaki piękny znicz, zobacz jaki malutki....

Bądź spokojny Synu, jutro spędzimy kolejny wspólny dzień. 

2017-09-03

Kajtki moje,

śpicie w sypialni, do której mam nadzieję powrócić w niedalekiej przyszłości. Bez fioletu. Z domieszką szarości. Przez okno wpada mocno orzeźwiające powietrze. Zwiastun jesieni. A przecież dopiero co rozpoczynaliśmy nasze wakacje. Porzuciliśmy chodzenie do przedszkola w ostatnim tygodniu czerwca, by cieszyć się ciepłem, słońcem i całodniowymi wypadami do miasta. Bawiliście się w Saskim, który stał się zdecydowanie Waszym ulubionym. Odpoczywaliśmy w klimatyzowanej Ikei po Sąsiedzku. Przy dobrej kawie, niezdrowym cieście, ja - albo z książką przy stoliku, albo z Wami - budując kilometry drewnianych torów, czytając Wam opowieści lub grając w Double. Na błotne zabawy, gotowanie zup z piasku, przelewanie wody z wiader do misek wybieraliśmy się do kuchni - specjalnie w tym celu zaaranżowanej przy Centrum Kultury. I tak stwierdziłam, że w tym roku nasze miasto stało się rzeczywiście fajnym miejscem do całodniowych wypadów. Przynajmniej my takie lubimy. Autobusem. Z wózkiem załadowanym ubraniami na każdą pogodę, drugim śniadaniem, zapasem wody, okularami, książkami. A nasze majowo-czerwcowe tegoroczne weekendy upłynęły nam pod hasłem - "festyny rodzinne". Na wielu z nich Marcelka tańczyła ze swoim Domem Kultury, więc nieco zmuszeni byliśmy do stania w kolejkach po balony (a potem wysłuchiwanie lamentów i zawodzenia, bo balon pękł/pan zrobił kwiatka, a miała być bransoletka na rękę...), cierpliwego czekania na wymalowanie buzi, zrobienie kolorowych warkoczyków we włosach, stania w pełnym słońcu przy dmuchańcach. I odetchnęliśmy z ulgą, gdy pod koniec czerwca występy się skończyły, a my po prostu mogliśmy włóczyć się po mieście, moczyć nogi w fontannach, obowiązkowo odstać swoje w kolejce po lody, by je później jeść na schodach pod Ratuszem.

A potem pojechaliśmy na Kaszuby, zwane przez Karola po prostu Czubami, bo Kaszub zapamiętać nie mógł, a kojarzyły Mu się po prostu z nazwą naszego osiedla. Pojechaliśmy nad jeziora, chociaż Karol codziennie mówił, że idziemy nad morze. I spędziliśmy tam fantastyczny tydzień. Ze znajomymi, których aż tak dobrze nie znaliśmy. Ale gdy jednego wieczoru wspomniałam Arturowi, że powinniśmy coś pomyśleć o wakacjach, a następnego zadzwoniła Marta z pytaniem, czy jedziemy z nimi do Lipusza, odpowiedź dałam Jej po pięciu minutach. I wiedziałam, że będzie nam się dobrze razem mieszkało. I moje przypuszczenia tylko się potwierdziły. Duży dom, ogromna kuchnia z salonem, plac zabaw kilkanaście metrów dalej, za domem las i jezioro, miejsce do grillowania i co najważniejsze - miejsce do jeżdżenia na rowerach dzieciom. Tuż po wstaniu, narzuceniu bluz na piżamy wychodziliście przed dom, by pokonywać dziesiątki kilometrów dziennie okrążając go, bawiąc się w berka na rowerach, w policjanta, który zapalał na zmianę czerwone i zielone światło. A gdy pogoda nie dopisywała urządzaliście bazy/domki na górze, Marcelka wraz z Asią kącik wizażowy (ku niezadowoleniu Taty z faktu Twych umalowanych oczu i ust Maleńka). To były zdecydowanie pierwsze takie nasze wakacje, podczas których Wy już nie potrzebowaliście na tyle naszej opieki i uwagi, co w poprzednich latach. Ba! Nawet miałam czas na kilka stron książki na leżaku, krótką drzemkę pod kocem na świeżym powietrzu, w towarzystwie lodów i kanapek zrobionych przez nasze 5 latki. Był czas na długi spacer do lasu, na którym tak wkręciliśmy się w zbieranie jagód (podziwiam Waszą zawziętość dzieciaki, bo ja bym już dawno odpuściła konieczność powrotu z pełnym słoikiem), że wspólnie zebraliśmy kilka słoików, a po powrocie mieliśmy prawie gotowy obiad (tak, z lepienia pierogów zrezygnowałyśmy na rzecz szybkiego makaronu). Był czas na rodzinne pływanie rowerem wodnym, wprawdzie wśród nieustannych kłótni, kto będzie sterował, krzyków Karola, który za nic, nie chciał posłuchać i dać sobie wytłumaczyć, w jaki sposób kierować tak, by ciągle nie płynąć w przeciwnym kierunku, niż ten przez nas obrany. I wieczorne rozgrywki dorosłych w badmintona i plażowanie w dzień. I wypad do Gdańska, zakończony zachodem słońca na plaży (tak, to nasza małżeńska miłość - zachody nad morzem). I pyszne lody w Kościerzynie. I musicie to wiedzieć dzieciaki, że Wasz Tata został okrzyknięty bohaterem ratującym dzieci. Bo wskoczył w butach do morza po Karola, który tak miał moczyć nogi, że oczywiście klapnął tyłkiem do wody i nie zamierzał sam z niej wstawać( a pogoda była średnio kąpielowa - Ciocia Marta otulona trzema bluzami), a przy fontannach ratował Asię, która wraz ze wszystkimi dziećmi, przebiegała przez nią w momencie, w którym woda przestawała się lać, a poślizgnęła się, akurat wtedy, gdy fontanna zaczynała na nowo zachwycać swoimi rytmicznymi strumieniami. I tylko Wasz Tata przejął się Jej losem, bo wujek Mirek zajęty był nagrywaniem całej sytuacji, a Ciocia Marta nie mogła opanować śmiechu. A poczucie humoru mamy zdecydowanie podobne. I podczas tego wypadu, jeśli wybieraliśmy się gdziekolwiek, gdzie była woda, Karol od razu pytał, czy mam Mu ubranie na przebranie, podciągał nogawki i do wody!
Zdecydowanie dobry czas. Bez pośpiechu, który zawsze nam towarzyszył nad morzem, bez hałasu, towarzystwa innych urlopowiczów, straganów, błyskotek, pamiątek na każdym kroku. Z kilogramami czipsów - zjadanymi po północy, a które umilały nam zdobywanie kolejnych lądów w "Osadnikach", dobrą muzyką i  rozszyfrowywaniem, jakimi typami osobowości jesteśmy. I nawet podczas rozstania przy kaszubskiej plaży - uroniłam jedną małą łzę, żałując, że czasu nie można trochę spowolnić.

Po powrocie pranie, przepakowywanie walizek i w ostatnim tygodniu lipca zawitaliśmy na Podlasiu, by pozostać tam przez cały miesiąc. I właściwie nie wiem, co o tym naszym Podlasiu mam napisać, bo rok rocznie jest tam nam tak samo - błogo. Weszliście w rytm zupełnie inny od naszego. W piżamach, tuż po wstaniu usadawialiście się pod kocem w salonie, by obejrzeć bajkę, na którymś z kanałów od 91. Podobnie sytuacja miała miejsce wieczorem - tuż po kolacji. Tylko tak zachęcani, byliście w stanie wrócić z podwórka do domu i wziąć chociaż szybki prysznic. W Bielsku podwórko jest właściwie Waszym domem. Piaskownica, zjazdy ze zjeżdżalni do basenu, popołudniowe wyjścia moje z Marcelką na wrotki (które dostałaś Córeczko w spadku po Patrycji, a w których podczas trzeciego ich nałożenia puściłaś moje ręce i zaczęłaś przemieszczać się sama. Wolno, ostrożnie, ale sama!) Niesamowity postęp zrobiliście również, jeżeli chodzi o Wasze kontakty z wodą. Dla mnie niesamowity, bo wchodząc ostatnio do basenu, Ty Marcelko, miałaś na sobie rękawki, koło i nie chciałaś bym Cię w ogóle puszczała. Nic na siłę, więc trzymałam Cię, tak jak tego potrzebowałaś. A wychodząc pływałaś jedynie w rękawkach, skakałaś ze schodów do wody, próbowałaś nurkować, przekręcałaś się na plecy, za nic mając wlewającą się do uszu, czy oczu wodę. Dla Ciebie Synu, woda to najlepszy przyjaciel. Żywioł, który jest Twoim sprzymierzeńcem. Tryskasz energią i czystą radością. Ewidentnie czerpiesz z tego przyjemność. Podobnie, jak z wszelkich prac podwórkowych. Codziennie pytałeś Dziadka, czy dziś będziecie kosić trawę. A jeśli nadchodził taki dzień - wprost nie mogłeś się doczekać. Mimo zmęczenia, które widać było po Twoich oczach, kroczyłeś krok krok przy Dziadku. Każdy ze swoją kosiarką. Ty z miną niesamowicie skupioną i poważną. Przynosiłeś grabie, wyrywałeś niepotrzebne trawki, zamiatałeś i nie wracałeś do domu, dopóki mój Tata nie skończył tego, co miał do zrobienia. Siadałeś na chwilę "już jestem zmęczony, muszę odpocząć", "ale przecież Dziadek jeszcze nie wraca. Czekam na Dziadka". A gdy przyjechał wujek Bartek z dziećmi, Ty nie poszedłeś bawić się z pozostałą trójką, tylko podlewałeś kwiaty i towarzyszyłeś wujkowi w pracach około domowych. I bardzo lubię patrzeć wtedy na Ciebie. Na Twoje skupienie, energię jaką w to wkładasz i miłość z jaką to robisz.
W Bielsku obchodziliśmy również Twoje Meluniu 5 urodziny. W towarzystwie obu Babć, Dziadka i dwóch Prababć, dwóch koleżanek z sąsiedztwa, ulubionej Ciotki, którą nazywacie "Ciotką-Klotką", tortu z różowym kotem i M&Msami, bo takie było Twoje życzenie. Na podwórku, w altanie z biało-różowymi girlandami i balonami.
Jeden dzień spędziliśmy rodzinnie w Ełku, bo wszyscy stęskniliśmy się za Naszą Olcią, która uwielbia Was, a Wy/My Ją. I która spędza z nami część naszych Podlaskich wakacji, ale w tym roku zdecydowanie nie nacieszyliśmy się jej obecnością.
Nie zabrakło oczywiście krótkich wycieczek po Podlaskich miejscach, atrakcyjnych dzieciom. Była "Chatka Baby Jagi" i muzykowanie na drewnianych instrumentach w "Majątku Howieny". Były pulepty i frytki na kolację w restauracji zjadane z takim apetytem, jakbyście nie jedli przynajmniej cały dzień i wspólne burgery z Basią i Frankiem, i lody na kolację.

Beztrosko. Błogo. Bez pośpiechu. W innym rytmie. Tak sobie siedzę i myślę, że fajne te Wasze wakacje Dzieciaki!

Ja: Karol jedziemy na pizzę na kolację?
Ty: Ale przecież pizzy nie je się na kolację.

(popołudniowy spacer w Bielsku - Karol obserwując Panią w długiej zielonej sukience)
Zobacz Mamo, jaka piękna sukienka ( rozmarzonym głosem)

(Z Dziadkiem w Kościele)
Dz: Wiesz, że Pan Jezus Cię bardzo kocha.
K: Wiem, bo ja drogi Syn jestem. 

(Karol patrząc przez balkon)
Zobacz, jaki piękny świat 

Przepiękny Synu. Cieszy mnie, że takie rzeczy dostrzegacie i potraficie się nimi cieszyć.