2014-07-20

Siedzę na balkonie. Oddycham pełną piersią w tą ciepłą, lipcową noc. Tak, mogłabym iść spać, bo przecież za chwilę zaczniecie budzić się na zmianę, ale powietrze, niebo pełne gwiazd zachęcają by posiedzieć choć chwilę, wycisnąć z lata to, co w danym momencie mogę, nasycić się spokojem, ciszą, samotnością.  

Jest mi po ludzku dobrze.


2014-07-18

Dzieciaczki,

gdy patrzę na datę ostatniego wpisu, to przeraża mnie fakt, że piszę tak rzadko, bo myśli i zdarzeń wiele, a wszystko chciałabym mieć zapisane na kartach tego bloga. Ale, ale...doba wciąż zbyt krótka, a wieczorami zwyczajnie sił i weny twórczej do pisania brak. I choć aktualnie rąk do pomocy więcej, to spraw do załatwienia przybywa, bo zbliża się trzeci sierpnia - dzień Chrztu Karola połączony z potrójnymi urodzinami: drugie Marcelki, 32 mojego Brata, będącego od tego dnia jednocześnie Ojcem Chrzestnym Najmłodszego i moje już 28! (Wciąż nie mogę uwierzyć, że mam już tyle lat, zatrzymałam się na etapie - cztery lata wstecz i zawsze odruchowo chcę mówić, że liczę wciąż 24 wiosny. Tak, a w moim wieku Rodzice prowadzili Wujka Bartka do Pierwszej Komunii!!) Wybieram zaproszenia, przeszukuję internet w poszukiwaniu strojów na tę ważną uroczystość - nie przekonują mnie wszelkie białe garnitury, atłasy, muszki i kaszkiety i randkuję z Waszym Ojcem wtedy, gdy tylko mamy ku temu okazję. Ostatnio - w Lublinie, gdy Wy smacznie spaliście pod opieką Babci Beatki - my wybraliśmy się do pobliskiej pizzerii, na Statoil po hot-dogi, które spożywaliśmy między Żabką, a Stokrotką, czyli w miejscu codziennych naszych spacerów. Ale nocą, w objęciach Taty, przy kapiącym deszczu siedzenie na barierkach było najlepszą randką z możliwych. I tyle komplementów, że wyglądam NAWET fajnie! I wczoraj we dwójkę zjedzone tortille w pobliskim barze, spacer po mojej rodzinnej miejscowości, trzymanie się za ręce, które przy prowadzonych najczęściej dwóch wózkach jest rzadko możliwe. Pięknie, po prostu pięknie. Na Podlasiu całe życie od rana do wieczora przenosi się na świeże powietrze. Poranną kawę pijemy przy stoliku, obiad jemy w altanie, wszędzie pieluchy, stroje kąpielowe, ręczniki, chustki na głowę i piach z piaskownicy. Odpoczywam, kiedy mogę w wersji all inclusive, bo Babcia, jak to Babcia - przejęła wszelkie moje obowiązki domowe, a ja spędzam czas na karmieniu Karolka, zabawach z Marcelką, kąpaniu się w basenie, graniu w piłkę i belka. I teraz - popijając zimnego bezalkoholowego Radlera mogę śmiało - na trzeźwo - stwierdzić, że jest Pięknie! 


Karolku,

od siódmego lipca się uśmiechasz. Początkowo delikatnie, tylko wybrańców obdarzałeś nieśmiałym uśmiechem. Teraz - codziennie, gdy tylko jesteś wyspany i najedzony, od ucha do ucha, szczerze, bezzębnie - przeuroczo! Uwielbiam te momenty, gdy po zaspokojeniu pierwszego głodu, spoglądasz na mnie swoimi radosnymi oczami, jakby w podzięce za dobry posiłek i delektując się chwilą (bo jeszcze z piiersią przy ustach) śmiejesz się do mnie najpiękniej jak potrafisz. 

Rośniesz w oczach. Twoja Prababcia Henia stwierdziła, że udają nam się dzieci, a każde kolejne to ładniejsze. Masz oczy w kolorze granatu, a ja zastanawiam się, czy będą błękitne, jak Twojej Siostry, czy może zielone po Tacie i jego rodzinie. I zaczynają rosnąć Ci włosy. Ciemne. I proszę, niech ciemnymi pozostaną. Podobnie, jak Twoja skóra. W samochodzie śpisz, budząc się jedynie w swojej porze karmienia. Szczepienie znosisz wzorowo, bez jakichkolwiek reakcji po.

Podlaskie powietrze zdecydowanie Ci służy. Śpisz na podwórku, chroniony firankową moskitierą, budząc się na jedzenie, zmianę pieluchy, rozdanie uśmiechów i ponownie zasypiasz w pozycji zdrowego dziecka. W nocy wstajesz regularnie co 2,5-3 godziny. Najczęściej przy drugiej pobudce zabieram Cię do naszego łóżka, w którym zostajesz już do rana. (Wiem, wiem - nie powinnam na to pozwalać, bo Dziecko się przyzwyczai, ale już nauczona doświadczeniem wiem też, że wszystkiego można oduczyć, jeśli przyjdzie ku temu odpowiednia pora). I robię to z własnej wygody, zasypiam, kiedy jesz, karmię, gdy się budzisz bez konieczności wstawania. Ot, taka się wygodna zrobiłam!

I wiesz...z każdym dniem kocham Cię coraz mocniej, nie potrafiąc wyobrazić sobie naszego życia bez Ciebie. I przeraża mnie fakt, że rośniesz tak szybko. Gdy patrzę na Twoją Siostrę, która przecież chwilę temu leżała w bujaczku i posyłała nam bezzębne uśmiechy - na nic już nie czekam z niecierpliwością. Nie czekam, kiedy się przewrócisz na plecy, usiądziesz, czy wstaniesz, bo to przecież i tak nastąpi. Cieszę tym, jaki jesteś teraz, bo wiem, że taki malutki nie będziesz już nigdy. Staram się zapamiętać, zapisać w pamięci Ciebie z buźką pokrytą trądzikiem niemowlęcym, fałdkami na nogach i okrągłymi polikami. I będę robiła to na każdym etapie Twojego rozwoju. Codziennie. Patrzę. Zachwycam się. Całuję. Jestem!


Marcelko,

rządzisz. Próbujesz wprowadzać swoje zasady wszystkim i wszędzie.  

Zosia - nie. Idź! O tam. Do domu! 
Hapel (Saper), nie wolno. Oddaj. Tam nie idż.
Dziadzio nie, Bacia nie, Mama tak! 
Oddaj. To moje!
Do Babci Zosi, która mówi, że weźmie sobie Twoją bluzkę - Lepej nie!
Mamo, czytaj. To nie, to nie, to nie. (gdy pokazuję różne bajki w książce). Wybrałaś sobie tę o dinozaurach i wszechświecie. 
Podczas usypiania śpiewam Ci piosenkę. Ta nie. Zaczynam następną. Ta nie. Kolejną. Ta nie. Gwiazdki kcę. I tak miliony razy.

Myślę, że na Podlasiu, u Dziadków masz najlepsze wczasy pod słońcem. Rano, jeszcze w piżamce (co bardzo Cię bawi), przed lub tuż po śniadaniu wychodzisz na swoją prywatną huśtawkę, na której zawsze jesteś pielsia i nie ma żadnej kolejki. Posiłki zjadasz na świeżym powietrzu/balkonie - wedle życzenia. Nie musisz dzielić się swoimi zabawkami do piasku, bo w piaskownicy, która rok temu stanęła na naszym podwórku bawisz się sama lub z sąsiadką Patrycją - nadal przez Ciebie zwaną Piką. Biegasz boso, bez pieluchy, bo nocnik stoi na zewnątrz i czasem z przypominaniem, czasem bez - do niego załatwiasz swoje potrzeby (duma Córciu, duma!) Ręce myjesz w wodzie z basenu, opalasz się na leżaku, pachniesz kremem do opalania, słońcem i owocami, a uśmiech i energia Cię nie opuszcza. Jesz lody z naszej kultowej budki od Jankowskiego, z torbą zakupową na ramieniu spacerujesz po Biedronce, grasz w piłkę na pobliskim Orliku, skaczesz na trampolinie na sąsiednim podwórku, po raz pierwszy masz na stropach założone wrotki a w okularach przeciwsłonecznych i niebieskich crossach wyglądasz jak prawdziwa letniczka. Biegasz tańczysz, kręcisz biodrami, robisz swoją zalotną minkę - przechylasz głowę na bok i śmiejesz się, ale tak  z dystansem.

Pięknie mówisz. Zdaniami. Zaprzeczasz po wyrazie, który ma być zaprzeczeniem.  Boję nie. Piję nie itp... Jeśli widzisz, że nie potrafię zrozumieć, co masz na myśli, próbujesz wyjaśniać gestem, ciałem do momentu, w którym zobaczę uśmiech na twarzy i usłyszę z ulgą wypowiadane przez Ciebie tak. Rozróżniasz dwa kolory, których nazw nie znasz po polsku, a po angielsku: pink i blue. I gdy zobaczysz coś w danym kolorze krzyczysz: to blu, to blu. Mamo, patrz, blu! Uwielbiasz patyki. Na spacerach zawsze wyszukujesz jeden sobie, drugi dajesz mi. Teraz, z racji większej ilości osób - wszyscy wracamy ze spaceru z drewnianym kijem, a dla osób, które zostały w domu przynosimy w prezencie. 

I wiesz, nie jestem w stanie opisać słowami tego, jaka jesteś. Wybieram momenty, chwile, zdania, które chcę zapamiętać, a  które przypomną mi taką Ciebie, moją niespełna dwuletnią. Robię zdjęcia, nagrywam filmy, rozkoszuje dumą, gdy na Ciebie patrzę.

Jesteś wspaniała Córeczko. Moja duma. Radość serca.


A przed oczami obraz Ciebie, dwuletniej blondwłosej dziewczynki, wyglądającej z naszej sypialni przez okno w deszczowy dzień i wypowiadającej jak mantrę zdania. Z akcentem, smutkiem w głosie:
Nikogo nie ma. 
Dzieci nie ma. 
Buju moke.
Ziu moke.

I mój uśmiech. Zawsze, gdy to słyszę.

2014-06-26

Karolu Wojciechu,

już oficjalnie mogę tu w tym miejscu napisać o drugim Twoim imieniu (Imię Twego Dziadka, bierzmowane Taty, drugie mojego Brata), które ukrywane było w tajemnicy przed Dziadkiem do niedzieli i wraz z piłkarskim tortem (nie tylko fan, a ile aktywny oldboy) stanowiło urodzinowy prezent.

Jutro kończysz miesiąc. Ważysz 5 kg, czyli od dnia wyjścia ze szpitala przybrałeś ponad 1,6 kg! I wcale nie dziwię się Twojej wadze, bo nie dość, że rośniesz mi oczach, to przy piersi mógłbyś leżeć godzinami. Jesz często, dużo, łapczywie, a po posiłku odbija Ci się tak po męsku, solidnie, na cały dom. Nie mam pojęcia, ile razy jesz w ciągu dnia, w nocy budzisz się, co dwie godziny. I po rozmowie z położną, obie stwierdziłyśmy, że być może Twoja niespokojność w ciągu dnia, trudności w zaśnięciu, twardy brzuch to efekt przejedzenia. Pewnie powinnam wprowadzić bardziej regularne odstępy w karmieniu, by dać odpocząć Twojemu wciąż pracującemu żołądkowi, ale też wiem, że matczyna bliskość, ciepłe mleko Cię uspokaja. Podobnie jak nasze ręce, kołysanie i lulanie, do którego naprawdę Cię nie przyzwyczajaliśmy. W ciągu dnia potrafisz być marudny, płaczliwy, mimo zaspokojenia wszelkich Twoich potrzeb - krzyczysz. Nie masz na razie fazy czuwania, oglądania świata, która łączyłaby się ze spokojnym leżeniem, rozglądaniem się. Chyba, że na rękach! I najbardziej nie lubię tych momentów, gdy wybieramy się we trójkę lub wracamy ze spaceru, Ty odłożony do łóżeczka płaczesz. Nie - nie płaczesz, krzyczysz w niebogłosy, a Marcelka buntuje się przed ubraniem/rozebraniem/wymyciem rąk i wtóruje Tobie w niosącej się chyba po całym bloku "muzyce". Jak Ty to wytrzymujesz całymi dniami? Sama nie wiem. I chyba pociążowe hormony (którym przypisywałam swoją dobrą energię, siły i nieustanną radość) przestają już działać albo w końcu po miesiącu nadszedł czas, by poczuć zmęczenie po nieprzespanych nocach,  zniecierpliwienie i chęć odpoczynku w samotności.

Ale mimo deszczu - widzę słońce. Urlop Taty się zbliża. Wizja odpoczynku na Podlasiu. Chrzcielno-urodzinowe spotkanie w gronie najbliższych i...marzy mi się morze. Wspólnie, we czwórkę, poza mieszkaniem, które bardzo lubię. Wizja siebie na plaży ( to nic, że z Dzieckiem przy piersi - tu na placach zabaw, w domu robię to samo), Marcelki w tej ogromnej "piaskownicy" i Taty, który ma chociaż chwilę na książkę, samotny bieg brzegiem morza, cokolwiek innego niż dom, dzieci i pracę, bo każdy potrzebuje przecież chwili wytchnienia.
A my czasu innego, niż ten codzienny, domowy, dość ściśle ustalony i przestrzegany, czasu wakacyjnego wykraczającego poza tygodniowy, nasz normalny rytm. Takiego, który da siłę na jesienne dni, zimowe wieczory i będzie miłym wspomnieniem rodzinnego lata. Takie wakacje mi się marzą.