2016-07-06

Dzieciaczki,

wraz z końcem czerwca rozpoczęliśmy nasze wakacje na Podlasiu. Niespodziewanie, z walizką po raz pierwszy tak szybko spakowaną. Zawsze wszystko mieścimy w jednej dużej, nasze ubrania na każdą pogodę, kosmetyki, bieliznę i buty. Zabawek nie zabieracie - poza kilkoma przytulankami Marceli - bo tu czeka na Was kosz pełen najdziwniejszych pierduł, którymi od 2012 roku potraficie się nieźle bawić. Do tego kredki, kolorowanki, ciastolina i wyposażenie podwórka. Nic więcej Wam nie potrzeba. Gdy tylko w zeszłym tygodniu słońce od rana rozpieszczało nas swymi promieniami, zakładaliście sandały i jeszcze przed śniadaniem wychodziliście jak to mawia Karol na dót. Ganiacie na bosaka, bo Marceli wciąż spadają różowe japonki, a młodszy brat jak wierna kopia we wszystkim naśladuje starszą siostrę. Urządzamy zabawy w strzelanie goli, co jest ulubionym zajęciem Karola, kłócicie się o plastikowy, najzwykjlejszy motor - jeździk, zrywacie maliny i porzeczki prosto z krzaka, (Musiu, mlinka!), gramy w chowanego, codziennie chodzimy na lody przy rynku, śpimy w południe i jesteśmy razem. Po prostu.

Karolku,

jesteś najbardziej uroczym dzieckiem, jakie dane mi było spotkać. Rozbrajasz mnie swym uśmiechem, minami i mową, którą z dnia na dzień rozwijasz i pojedyncze wyrazy łączysz w proste zdania.

Musiu, penkę piewaj. Nie tą, inną. O piesku. Citaj. Nie, nie citaj. Piewaj penkę.
Piewaj totki da.
Nie kcę Zosi. Bzidka. Inną. ( A propo bajki "Jej wysokość Zosia")
Musiu, badłam (Mamusiu, zjadłam - tak, mówisz jak Siostra. Zjadłam i sama, czyli Twoje pama. Wszystko pama.
Papep, Papepa - Saper, Sapera
pup - ketchup
pupy - zakupy
bumę - gumę
guki - okórki
apo - światło
kakok kukek - Karol Mikusek
meczko - ukochane mleczko (tak, nadal jesz w nocy)
aki - okularki, które gdy tylko słońce zaświeci, zawsze obowiązkowo na nosie podczas spacerów
brum - jeździk trzymany w wózkowni, świąteczny prezent, który uwielbiasz, a który mnie zmusza do biegania (a nie spacerowania), przyprawia mnie o mocniejsze bicie serca (gdy puszczasz się drogą w stronę naszej Stokrotki), a ja już wtedy nawet nie biegnę, tylko obserwuje. I tak, czasem pędzicie oboje tak, że tracę Was z pola widzenia.



Za każdym razem, gdy Tata zbiera się do pracy, podchodzisz i pytasz - jedzie? Po czym biegniesz do sypialni i ze swoim rozbrajającym cieść na ustach, machasz Tacie.

Uwielbiasz wszystkie pojazdy. Kapka to koparka. Moton to motor, totud to samochód, a totot to samolot. I nikt mi nie wmówi, że jakieś gendery, że płeć nie ma znaczenia. Bo na wszystkie środki lokomocji reagujesz z zachwytem, na każdy przejeżdzający motor, choćby pięćdziesiąty tego dnia tym samym okrzykiem -  MOTON! Podobnie jest z grą w piłkę. Gdy zabieramy ją ze sobą na plac, Marcelka po chwili mówi, że jej się nudzi, a Ty bez końca mógłbyś do mnie podawać, strzelać gole do bramki z szeroko roztsawionych nóg, czy po prostu za nią ganiać. Dziadek z zachwytem patrzy, jak kopiesz lewą nogą (w ogóle wszystko lepiej Ci wychodzi lewą stroną ), jak pięknie piłkę prowadzisz, jak strzelasz w dobrym kierunku i jak mocno. Jak to Dziadek na pierworodnego wnuka...

Kilka tygodni temu na dobre rostałeś się z pieluchami. Pierwsze nasze podeście do oduczania - na początku roku - odpuściłam po dwóch tygodniach. Po kilku dniach przestało Ci się podobać ciągłe chodzenie do łazienki i nieustanne wysadzanie, zacząłeś się buntować, a ja zgodnie z myślą - nic na siłę - swoje ambicje o niesikającym w pieluchy półtoraroczniaku odłożyłam w kąt. Gdy w czerwcu znów podeszłam do tematu, w myślach miałam wspomnienie sprzed niespełna dwóch lat, że z Marcelką było prościej. Jednak teraz, z perspektywy czasu wiem, że tak na prawdę z Tobą miałam dużo mniej problemów. Dwie dwójeczki na dywanie i jedną wpadkę w sklepie z rowerami. I tu u Dziadków, gdzieś w zabawie na podwórku, gdzie nikogo nie było w pobliżu. Ani razu się nie zdenerwowałam, ze spokojem ścierałam, zmieniałam gatki i codziennie wieczorem przez 3-4 pierwsze dni wstawiałam pranie. Teraz po drzemce, sam zdejmujesz (suchą, ale na wszelki wypadek zakładaną) pieluchę, sam idziesz do łazienki, swoim sposobem siadasz na sedes (bez zadnych nakładek), robisz co trzeba, podcierasz się i wychodzisz. Mój Mężczyzna!

Lubisz mięsio pod każdą postacią, mniaczki, czyli ziemniaczki, siaki, czyli ptysiaki z biedronki, kok, czyli sok (taki z kranem najlepszy, nalewany samodzielnie, a te Twoje koku, koku słyszne nie raz miliony razy dziennie potrafi na prawdę wyprowadzić z równowagi) (w)odę, wszystkie owoce pod każdą postacią. Nie lubisz kanapek, wędliny innej niż tyrolska, sera żółtego, warzyw (poza tymi w zupie i przemycanymi w wyciskanych sokach), herbaty, chleba. Przekonałeś się do porannej jajecznicy i omleta. Oddajesz Marceli swój makaron, w zamian za boczek. Ona zjada Twoje gotowane ziemniaki, a Tobie oddaje kotlety i inne mięsne wynalazki. Lubisz owsiankę, w przeciwieństwie do Twojej Siostry, która zjada wtedy kanapki. Nieźle dobrana z Was drużyna.

Rozumiesz i właściwie używasz przeciwieństw.

mało - duzio
czysty - bludny
tak - nie (tak z akcentem na K, które tak wyrażnie zamiast dotychczasowego taaaa, powiedziałeś w nocy z 13 na 14 czerwca zapytany, czy chcesz mleczko. TaK!
na dół, na gólę

Ostatnio przestałeś być aż taki uparty, bo gdy skończyłeś dwa lata uwierzyłam że coś takiego jak bunt dwulatka na prawdę istenieje. Że dziecko w tym wieku zaczyna posiadać ogromną chęć wyrażania swego zdania tylko po to, żeby było ono odmienne od zdania rodzica. Tak po prostu. Dla samej zasadności buntu. Gdy z Melką siadałyśmy do obiadu i wołałam Ciebie, Ty krzyczałeś nie i nie przychodziłeś. Gdy mówiłam, że ja w takim razie zabieram obiad i stawiam na blat, wracałeś i krzyczałeś: odiad, odiad. Gdy stawiałam na stole - znów był krzyk i nie. Podobnie z każdym wieczornym przebieraniem się w piżamę, czy ubieraniem przed spacerem. Wymyślałeś, że nie chcesz, nie ta piżama/koszulka/.spodenki, że chcesz w innym miejscu się ubrać. Wreszcie przestałam kombinować i reagować. Wychodziłam i przestałam zwracać uwagę. Po kilku chwilach z anielskim wyrazem na twarzy, ubraniem/pieluchą w ręku wracałeś gotowy do działań. Gdy wieczorem zaczynałam czytać, Ty kzyczałeś: nie citaj, nie kcę, piewaj. Gdy zaczynałam śpiewać było: nie piewaj, citaj. Przestawałam robić cokowiek, aż się uspokojałeś i w spokoju mogłam dokończyć bajkę, czy piosenkę.

Gdy się na mnie zezłościsz, wystawiasz język i prychasz w moją stronę. Ale gdy tylko zobaczysz mój groźny albo zasmucony wzrok od razu masz anielski i tak bardzo skruszony wyraz twarzy i mówisz najsłodziej jak potrafisz: plaaasiam, co rozbraja mnie za każdym razem, mimo, że słyszałam to już setki razy. Gdy coś Ci nie odpowiada grozisz palcem wskazującym donośnym no no no.

Naśladujesz Marcelkę dosłownie we wszystkim. Uwielbiam Twoje Melcia!! Cieść!! I te Twoje wieczorne fazy, najchętniej po kąpieli i na golasa, gdy nie odstępujesz Melki na krok. Ba, przyklejasz się do Niej, łapiesz za plecy siadasz na Niej, przytulasz i obcałowujesz. Gdy tylko uda się Jej oswobodzić z Twoich uścisków, Ty zaraz atakujesz z drugiej strony. A Marcelka niby nie chce, "Mamo, weź Go zabierz", a po chwili sama do Ciebie idzie albo woła do dalszych wspólnych zpasów. Miłość!

Zasypiasz z dusią, ukochaną podusią, w takiej pozycji, że jedną albo obie ręcę wkładasz do poszewki i jakoś się na nich układasz. Gdy tylko zaczynasz robić się zmęczony od razu wędrujesz po swoją podusię. Ta sama od urodzenia. Zwykła w poszewce w bialo-szare pasy.

Uwielbiam Twoje: Musiu, odź!  Kokam, kokam i przytulasz, ile sił masz w swoim 12 kilogramowym ciele. I całujesz tak, że całe policzki mam mokre. Też uwielbiam. Najpiękniejszy czas!

Ach uśnij mój Malutki....(mlutki...)  Nasza wspólnie śpiewana kołysanka. Powtarasz co drugie słowo, śmiejąc się przy tym i rozbawiając tak, że sen nam zupełnie odchodzi. Ale i tak śpiewamy codziennie.

Dobranoc już dobranoc.
MAMA


2016-05-28

Najdroższy,

skończyłeś dziś dwa lata. O 15.35 wnosiłam Cię na rękach po schodach (wróciliśmy z Podlasia) i odśpiewałam Ci "sto lat" całując Cię - ku Twej wielkiej radości- w szyję i poliki. Wieczorem zasnąłeś z głową na moim brzuchu, podczas gdy ja głaskałam Cię po Twoich blond włosach i śpiewałam:

'Ach uśnij mój malutki, już dawno śpią krasnoludki.
Śpi polny żuczek i mrówka, zasnęła Twoja poduszka.
Dobranoc już dobranoc, melodia do snu ukołysze,
zaśnijcie już moje dzieci, wsłuchajcie się w nocy ciszę..."

A potem, gdy śpiącego odkładałam Cię do Twojego łóżka, wpatrywałam się w Ciebie kilka minut, chcąc zapamiętać i na zawsze zachować w sercu widok Ciebie - mojego dwuletniego chłopca. Chłopca, którego porodu oczekiwałam w Dzień Matki, a który następnego dnia zaskoczył mnie tak samo, jak dwie kreski dziewięć mięsiecy wcześniej, których przecież się spodziewałam.

Życzę Ci Malutki tej wielkiej radości, którą nas wszystkich zupełnie nieświadomie obdarzasz. Niech Twoja upartość pomoże Ci w realizacji celów, a logiczne myślenie, dzięki któremu teraz osiągasz, to co chcesz, kiedyś pomoże Ci zdobywać świat. Nazywaj swoją siostrę "Melcią", pozostań miłośnikiem zwierząt, idź tam, gdzie Ci serce podpowiada, ciesz się z drobiazgów ( tak jak teraz na widok drożdżówki, czy gruszki buzia śmieje Ci się od ucha do ucha), dziel się tym, co masz, trenuj grę w piłkę nożną, a, po każdym upadku wstawaj z podniesioną głową i pamiętaj, że w moje ramiona zawsze możesz się wypłakać.

Mój pterodaktylku! 

2016-04-10

Dzieciaczki,

w zeszłym tygodniu, wiosna w pełni zawitała do Lublina. Zdjęliśmy czapki, ba, nawet kurtki na rzecz rozpinanych bluz i narzucanych na wierzch kamizelek, gdy w piaskownicy zaczynał zapadać zmrok. Wyczyściliśmy balkon, na którym w krótkim rękawku i okularach przeciwsłonecznych zjedliśmy we trójkę pierwszy obiad. ("Mamo, mogę wyrzucić przez balkon ziemniaki dla gołąbków?") Przestawiliśmy się na rytm trzech spacerów dziennie. Pierwszy - do przedszkola, a po odprowadzeniu starszej zaglądamy z Karolem na puste jeszcze place zabaw, głaszczemy psy na porannym spacerze, robimy zakupy na obiad. Drugi - po Marcelkę, z rowerem i getrami na przebranie (bo do przedszkola obowiązkowo spódnica). Wracamy po 16stej na szybki obiad i po godzinie jesteśmy z powrotem na placu, gdzie zbiera się Wasza stała ekipa. Sandra, Maksio, Kalinka i Wy. Na rowerach i jeździkach, huśtawkach i zjeżdżalniach, trzepakach i osiedlowych chodnikach. Uwielbiam ten czas. Pełen śmiechu, beztroski i Waszej pełnej radości. Gracie w berka, chowanego, malujecie kredą. Dziewczyny urządzają sobie rowerowe wyścigi, a my próbujemy dotrzymać Waszego tempa, by mieć Was chociaż w zasięgu wzroku, dzielimy się, by ktoś czuwał nad starszymi, a ktoś nad młodszymi. Biegam za Karolem, który w wózku jeździ teraz w wyjątkowych sytuacjach, a największą frajdą jest świąteczny prezent - jeździk twistcar. Obowiązkowo zabierany na każdy spacer i obowiązkowo wnoszony z powrotem na górę - nie może zostać w wózkowni, bo Karol ostro protestuje. Na trasie Dom Kultury - Stokrotka rozpędza się do takiej prędkości, że biegnę, jak głupia mijając przedszkolne Mamy i doganiam Młodego z myślą, że jest przerażony tempem, w jakim jechał, a on z uśmiechem "pesio", "pesio", bo przecież jest największym miłośnikiem czworonogów. Mi serce biło jak oszalałe, bo już go widziałam lądującego na sklepowych drzwiach. Ale Karolowi zawrotne prędkości nie są straszne. Jeszcze szybciej odpycha się nogami i szelmowsko uśmiecha, gdy zauważa jakąś osiedlową górkę, wjeżdża i zjeżdża ze wszystkich krawężników i oczywiście wszystko "sam". Wieczorny, pospacerowy powrót do domu zajmuje nam kolejne 40 minut, bo przecież wszyscy muszą zostać odprowadzeni. Po kilka razy. "To co, może teraz Sandrę odprowadzimy? Nie, ja już byłam odprowadzana. Teraz Kalinkę". Po takich dniach, zasypiacie w kilkanaście minut, nasyceni świeżym powietrzem i dobrą energią, a ja mimo fizycznego zmęczenia, czuję że żyję. 
Witaj ukochana poro roku. Rozpieszczaj nas jak najdłużej!

Marcelko, moja mała kobietko ( "Ty jesteś dorosła, a ja jestem taka mała kobietka")

zastanawiam się, czy bunt dziecka kiedykolwiek się kończy... Bywają sytuacje, gdy trudno nam się jest dogadać, a moje próby okiełznania Twojej upartości i krzyku nie przynoszą efektów. W pewnych sytuacjach sama nie wiem, kiedy powinnam odpuścić, a kiedy jednak stawiać na swoim. Wyczytałam kiedyś mądre słowa, że o wiele lżej jest rodzicom, gdy sami przestaną się upierać. I sama łapię się też na tym, że po chwili namysłu, mój upór w jakiejś kwestii uważam za zupełnie niepotrzebny, że przecież mogłam odpuścić, że nie warto było. Ale z drugiej strony - chcę przecież byś przestrzegała zasad dobrego wychowania, z szacunkiem odnosiła się do najbliższych, używała "magicznych" słów. 
Niektóre nasze dialogi, Twoje odzywki potrafią wytrącić mnie z równowagi, szczerze zasmucić i sprawić, że wieczorami myślę, jak powinnam reagować, jak postępować, by od razu eliminować to, co mi nie odpowiada.

Marcelka, zaraz wychodzimy, zrób siku.
Robiłam.
Kiedy?
KIEDYŚ!!!

Ale Ty mnie męczysz. Ciągle tylko siku, umyj ręce, umyj buzie!!

Nie lubię Ciebie. 

Jestem na Ciebie zdenerwowana. Nie odzywaj się teraz do mnie. 

Pić! Wody! 

Daj mi coś słodkiego. W tej chwili!

Prawie codziennie prowadzimy debaty:
 - na temat słodyczy. Mogłabyś jeść je nieustannie i to trochę taka moja karta przetargowa. Nagroda za dobre zachowanie i kara za niewłaściwe postępowanie. Mi też wyznaczasz kary. "Mamo, to dziś zakaz słodyczy do końca dnia i zakaz placu zabaw. Nie możesz ze mną iść, tylko Tata może". 
- na temat ubioru. Stroje najczęściej wybierasz sobie sama. Sugeruję Ci, co moim zdaniem pasuje  do czego, co będzie wygodniejsze na rowerze, a co lepsze na tańce. Ale jak czasami uprzesz się na konkretny element garderoby, to żadne moje argumenty nie przebiją się przez potok łez i krzyk na pół osiedla. Już nie wiem, ile razy Ci tłumaczyłam, że nie musimy się przebierać po kilka razy dziennie, że plama na bluzce (gdy siedzimy tylko w domu) w niczym nam nie przeszkadza i, że wszystko  nie pierze się samo. 
- na temat zachowania przy stole. Jedzenia bez nieustannego kręcenia się, co skutkuje rozlewaniem i wywalaniem, prostego (w miarę siedzenia) i nie picia co kilka sekund.

Ale pozwalam Ci na złość i płacz, cieszę się, że sama potrafisz nazwać emocje, powiedzieć, że jesteś na mnie, czy Karola w danej sytuacji zła. Masz do tego prawo, jak każdy człowiek. Jesteś wybuchowa i impulsywna - jak ja. Ale po chwili już o tym nie pamiętasz, a ja wciąż jestem "najlepszą Mamusią w świecie". Od dziś "błogosławioną między niewiastami". :) 

Potrafisz samodzielnie zapiąć kurtkę/bluzę. Ułożyć puzzle z 60 elementów. Wejść do wanny, wymyć się, wyjść, wytrzeć i ubrać. Utrzeć jabłka, napisać MAMA i TATA. Wycinać proste kształty, żegnać się. Znasz na pamieć Ojcze Nasz. Potrafisz rytmicznie i melodyjnie śpiewać, wymyślasz piosenki "na poczekaniu" o tym, co akurat robimy, co się dzieje. Potrafisz napisać A,B,M,O,T,S. Rozpoznajesz, ale musisz zobaczyć, żeby samej napisać R,K,P,C,L. Wykonujesz proste działania matematyczne, kolorujesz bez wychodzenia za linię, coraz staranniej i z rzeczywistą przyjemnością, podobnie jak z układaniem puzzli, lubisz i jesteś w tym rzeczywiście dobra. 

Masz bardzo fajny kontakt z Karolem. Niespełna dwulatek jest coraz lepszym kompanem do wspólnych zabaw. Uwielbiacie posiedzenia w toalecie. Na sedesie/nocniku, albo po prostu w łazience przy zgaszonym świetle. Czytasz mu książki, zadajesz zagadki. Chwalisz "brawo Karoluś", gdy dobrze wskaże, to, o co go prosiłaś. Uwielbiam Twój uśmiech, gdy wstajesz wcześniej, a po jakimś czasie do pokoju wchodzi zaspany Karol. Te Twoje "czeeeeść" jest wtedy tak urokliwe, i stęsknione, jak te po powrocie z przedszkola, gdy w progu się ściskacie i przytulacie. Jesteś opiekuńcza i troskliwa. Lubisz być prawdziwą starszą siostrą i pomagasz Karolowi w codziennych czynnościach. "Mamo, ja mu założę skarpety."
"Mamo, ja wleję Karolkowi wody".
"Chodź Karoluś, ja Cię umyję".
"Daj, wycisnę Ci ketchup"
"Chodź, nałożę Ci pasty".

Widzę i doceniam. I chociaż w domu kłócicie się setki razy, ściskacie, bijecie, popychacie, to w towarzystwie podwórkowych/przedszkolnych dzieci zawsze stoisz w Jego obronie. To jest Twój brat, może się z Wami bawić, nikt nie może Go wyganiać. 

A ja uwielbiam tylko nasze "babeczkowe spacery", wyjścia na tańce i obowiązkowo po nich wizyta w Stokrotce. Uwielbiam nosić Cię na barana ( bo wiem, że za parę kilogramów nie będę dała rady) i na rękach - choć tak, wiem, jesteś już duża. Lubię jak wtulona zasypiasz na moim ramieniu, gdy przepychacie się oboje z Karolem, bo każde chce mieć kawałek mnie obok siebie. Uwielbiam 'kocham Cię Mamusiu' i Twoje: 'To może zrobimy tak, mam taki plan...'

Słońce moje. Znów śpimy razem. Ty w poprzek łóżka. Ja na jego skraju. I wiem Mamuś, zatęsknię i za tym.