2016-02-03

Karolku,

nawet nie wiem, od czego zacząć. Czy od skupienia się na tej Twojej przesłodkiej naturze, kiedy to nieproszony podchodzisz, wdrapujesz się na kolana i przytulasz, czy od opisania (chociaż to trzeba zobaczyć) Twej upartości i histerii, kiedy nie dostajesz tego, co sobie akurat wymyśliłeś.

Masz skończone 20 miesięcy i jesteś w trakcie odpieluchowania. Wprawdzie planowałam cały proces rozpocząć wiosną, ale sam zacząłeś dawać sygnały, że jesteś coraz bardziej gotowy. Gdy Marcelka idzie do toalety, Ty ją wyprzedzasz, podbiegasz do sedesu i krzyczysz: ja, ja. Ściągasz spodnie i odpychając Siostrę załatwiasz swoje potrzeby fizjologiczne. Sam fakt, że Marcelka idzie do łazienki, działa na Ciebie bardzo mobilizująco, choćby to miała być jedna kropelka, ale zawsze robisz. Słowa również są dla Ciebie dobrą motywacją, to że robisz coś sam i możesz się przed innymi pokazać, więc wykorzystuję i zachęcam do tej samodzielności w rozbieraniu/podcieraniu/spłukiwaniu wody. Nauczyłeś się mówić siusiu, więc i nasza komunikacja jest coraz lepsza. Czasem zawołasz przed faktem, czasem od razu po, ale rozumiesz, o co chodzi, więc wykorzystuję czas i próbuję. Na spokojnie, bez grama złości ze świadomością, że nic na siłę. Inaczej niż w przypadku Marceli, gdy po prostu zdjęłam pieluchę i poza nocą już jej nie zakładałam i zaliczałyśmy wpadki na środku sklepu odzieżowego, cz w piaskownicy tak teraz, z racji pory roku stosuję trochę inny system. Inaczej, dużo wolniej, ale duma z każdego świadomego skorzystania z toalety niezmiennie taka sama. 

Zaczynasz mówić. Coraz więcej słów jestem w stanie zrozumieć, chociaż gestem, spojrzeniem i   miną, i tak potrafimy się dobrze komunikować ze sobą. Mówisz ju (już), jeśce (jeszcze), mi (miś), pta (ptak), nie chce, babcia, babciu, pci (pić), babo (balon), nie ma, dobla (dobra), mama, tata, ta (tak), nie, dadio (dziadzio), lace (inhalacje, które są stałym elementem naszych dni w sezonie jesienno-zimowym), siusiu, sio, jedzie, nie na (nie ma), zi (zimno).

Śmieję się, że masz swojego ulubionego przyjaciela. A jest nim zielone Ikeowskie krzesełko, które służy do realizacji Twoich pomysłów. Codzienny widok - Twoje spojrzenie, które dobrze znam. Niewinne, ale z błyskiem w oku i z towarzyszącym mu uśmiechem na twarzy, krzesło przed sobą, i obserwuję, co tym razem wymyśliłeś. Najczęściej stajesz przy umywalce w łazience i chlapiesz się wodą, setki razy moczysz szczoteczkę, zjadasz dziecięcą pastę do zębów w litrach albo wędrujesz w stronę kuchennego blatu. Ale z zielonego krzesła kiepski jest dostęp do kuchennych słoików, chlebaka, mikrofali, więc bierzesz duże krzesło, podstawiasz pod blat i masz pełen dostęp do mojego świata. Podgryzasz jabłka ze skórką, obierasz mandarynki, bawisz się pojemnikami z przyprawami albo po prostu siadasz na blacie ze swoim przesłodkim uśmieszkiem i machasz nóżkami, jak gdyby nigdy nic. Blat to Twoje ostatnio ulubione miejsce, bo gdy tylko zabieram się za przyrządzanie posiłków od razu do mnie przybiegasz, wskazujesz tu, tu i mam Cię posadzić tak, żebyś wszystko mógł obserwować.

Jesteś niesamowicie uparty i nerwowy. Dla mnie to nowość, bo Marcelka nie serwowała nam takich akcji histerii i wybuchów złości, gdy coś szło nie po Jej myśli. Gdy zamykam łazienkę i nie pozwalam kolejny raz odkręcać wody z kranu/gdy wyciągam Cię z wanny po długiej kąpieli/gdy nie pozwalam odgryzać skórek od pomarańczy i pluć nimi na podłogę/gdy zabieram kubek z wodą, bo specjalnie wylewasz zawartość na ziemię/gdy zabieram mazaki i nie zgadzam się na malowanie nimi po stole, czy ścianach - zawsze reagujesz tak samo. Płaczesz, krzyczysz, tupiesz nogami, mówisz pa pa i obrażony wychodzisz z pokoju, w którym jesteśmy. Ostatnio w nerwach gryziesz meble albo swoje ręce - ja sama odsuwam się na bezpieczną odległość, bo moja osoba też staje się wtedy obiektem Twoich zębów. Jesteś Mistrzem chwilowego obrażania się. Gdy zamykam "Czereśniową", bo tak Ci wcześniej zakomunikowałam i mówię, że już czas na drzemkę, z płaczem i poduszką pod pachą wychodzisz do salonu. Próbujesz ułożyć się obok grzejnika, zerkasz na mnie siedzącą w fotelu, widzę w Twoich oczach moment zawahania się - wdrapać się na kolana i przytulić, czy nie, rezygnujesz po czym zasypiasz pod biurkiem Taty. Albo odwracasz się plecami ode mnie, stajesz w rogu blatu w kuchni, spuszczasz głowę i tak naburmuszony wytrzymujesz w bezruchu przez chwilę. Moment ubierania to też często napad Twojej złości, bo wszystko Ci nie pasuje. Od bodziaka, po zapinanie guzików na ramieniu, wkładanie pieluchy/chłopięcych bokserek (uwielbiam Cię w nich mój dorosły chłopczyku!), czy bluzy, którą ostentacyjnie ściągasz albo trzymasz tak mocno, żebym nie dała rady jej włożyć. Biegasz wtedy po całym domu, próbujesz sam nakładać spodnie przed spacerem, nie zwracając uwagi na to, że najpierw chcę włożyć Ci rajstopy, uciekasz przed założeniem ostatnich części garderoby (kurtka/czapka/golfoszalik), a gdy odkładam je na półkę i zaczynam ubierać się sama, z płaczem i krzykiem zdejmujesz je z półki i mi je podajesz, więc znów próbuję Ci je włożyć, a tu znów uciekasz i tak powtarzasz kilka razy, aż wreszcie podchodzisz, grzecznie stajesz i dajesz się ubrać...??!! Takie podchody robisz też w momencie siadania do posiłku. Ganiasz po domu, podbiegasz pod krzesełko, a gdy próbuję Cię do niego włożyć, uciekasz, znów przybiegasz i znów uciekasz..., aż w końcu przychodzisz i prosisz, żeby Cię wsadzić. Na szczęście w ostatnim czasie takie sytuacje mają już coraz rzadziej miejsce (dorastasz?), podobnie jak przestałeś gryźć innych wtedy, gdy Ci coś nie pasowało. Siniaki po Twoich ugryzieniach Marcelka miała nawet na policzkach. I oberwało się Jej za to, że się do Ciebie przytuliła, a Ty sobie tego akurat nie życzyłeś. W pewnym momencie Twój rówieśnik - Maksio zaczynał płakać, gdy tylko do niego podchodziłeś, a gryzłeś Go, gdy tylko zabierał Ci zabawkę, czy nie chciał podzielić się swoją. I nie wiem, czy to był po prostu taki etap przejściowy, czy moje nieustanne: Karol, tak nie wolno, zobacz to boli i Marcelka płacze. Proszę ją przytulić poskutkowało.

Wierzę, że i Twoja wybuchowość, reagowanie płaczem i histerią niebawem miną. Bo już z doświadczenia wiem, że to wszystko jest tylko przejściowe. Pewne rzeczy trzeba po prosu przeżyć, nadchodzą z różną intensywnością, w zależności od Waszych temperamentów i naszych sytuacji życiowych. Bunt dwulatka zmieni się w bunt trzylatka. Zamiast prób gryzienia będziesz mi mówił, że teraz ze mną nie rozmawiasz...Taka kolej rzeczy. I choć czasem nerwy trzeba trzymać na wodzy, zacisnąć usta i nie krzyknąć (pracuję nad tym Synku, ciągle się staram), to Twój przesłodki uśmiech Anioła potrafi sprawić, że w jednej chwili zapominam, że przed chwilą mnie zdenerwowałeś.

Lubisz się przytulać. Tak po prostu. Bez proszenia i namawiania. Podchodzisz, łapiesz mnie dwoma rękoma za szyję i przytulasz z całych swoich sił. Spoglądasz w oczy i całujesz. O różnych porach dnia. Gdy masz na to ochotę. Ja mam zawsze. Gdy gotuję w kuchni, podbiegasz i przytulasz się do mojej nogi. Prowadzisz do pokoju, bierzesz książkę, każesz mi siąść na dywanie, po czym siadasz mi na kolanach i razem czytamy nasze książki bez liter. Denerwujesz się, gdy wstaję, by sprawdzić piknięcie w telefonie, czy napić kawy. Mam być dla Ciebie. Tylko dla Ciebie.

A ja uwielbiam te momenty, gdy wtulasz swoją głowę w moje ramię, chowasz się tak, jak gdybyś chciał schować się przed całym światem w najbezpieczniejszych ramionach pod słońcem. Lubię, gdy tak jak dziś zasypiasz z rękoma na mojej szyi, a ja swoim nosem dotykam Twego polika i wsłuchuję w Twój oddech. Uwielbiam Cię usypiać i choć Tacie zdarza się to zdecydowanie częściej, bo po prostu chcesz swój wieczorny rytuał wykonywać z Tatą, a Marcelka ze mną, ale gdy uda mi się zostać z Tobą sam na sam, to chłonę te momenty całą sobą. Masz dwie metody zasypiania. Albo zaczynasz od "wędrówek ludów" po domu i wraz z poduszką przechadzasz się po mieszkaniu, zaglądasz co chwila do Marceli, idziesz setny raz umyć zęby, podjeść coś z kuchennego blatu albo zmęczony od razu układasz się na sypialnianym łóżku i chyba z tego zmęczenia dopada Cię głupawka. Głupawka, którą bardzo lubię i sama oddaję się Twojemu nastrojowi. Znosisz wtedy wszystko ze swojego łóżeczka na nasze, tysiąc razy zmieniasz pozycję, zaczepiasz mnie rozmówkami w swoim języku, sprawdzasz, czy na miejscu mam oczy, uszy i nos, przytulasz się co chwila i całujesz mnie w policzki. Wyczyniasz akrobacje z poduszką, kocem i kołdrą, podkładasz je pod siebie, bo lubisz w takiej pozycji zasypiać. A przed drzemką w ciągu dnia (między 12, a 13), gdy jesteśmy sami i mogę zapewnić Ci ciszę do usypiania, siadam w fotelu Taty i czekam kilka minut, aż sam do mnie przybiegniesz. Najczęściej już po chwili wędrujesz ze swoją poduszką, kładziesz ją na moim ramieniu i tak wtulony usypiasz po kilkunastu minutach. Gorzej w weekendy albo wtedy, gdy Marcelka zostaje w domu, wtedy kusi Cię zabawa, a namówienie do przytulenia graniczy z cudem. Padasz wtedy ze zmęczenia podczas obiadu późnym popołudniem. Przebudzasz się, gdy Marcela szykuje się do kąpieli. No istny Meksyk. Wierzę wtedy w mądrości psychologów, że konieczny jest stały rytm dnia.
Uwielbiam Twoje spojrzenie, gdy coś weźmiesz, schowasz za plecami, i czekasz. Ja proszę kilka razy, a potem Ty z uśmiechem oddajesz i bijesz sobie sam brawo. Uwielbiam Twój uśmiech i blond loki na głowie. Uwielbiam wyraz twarzy, gdy z dumą jeździsz samochodem po mieszkaniu. Uwielbiam to skupienie, gdy próbujesz sam założyć kapcie, włożyć spodnie, czy skarpety. Uwielbiam Twoje podekscytowane Mamo, Mamo - wtedy wiem, że ptaki przyleciały do karmnika. Twoje pełne czułości Babciu, gdy patrzysz na telefon i okrzyki Babciu, Babciu, gdy słyszysz dźwięk wybieranej audio rozmowy. Relację z Tatą, bo wiem, że to dla Ciebie najważniejsza osoba na świecie.
A Ty najbardziej lubisz robić wszystko sam. Wlewać sobie sok - sam, jeść sam, wchodzić i wychodzić z wanny sam. Obierać mandarynkę i wybierać bluzę na spacer. Lubisz Czereśniową i Czy jest tam kto, bo możesz z impetem stukać we wszystkie narysowane drzwi i sprawdzać, kto się za nimi kryje. Lubisz tańczyć w kółku i wdrapywać mi się na barana. Puszczać pociąg po torach i bawić się samochodami.  Uwielbiasz chodzić w koralach i bransoletach Marceli, dobrze Ci idzie również w Matczynych obcasach. Nie lubisz zimy, jazdy na sankach, ani spacerów po śniegu. Podczas naszych eskapad na górkę pod blokiem, stałeś praktycznie bez ruchu i co raz pokazywałeś na drzwi wejściowe do naszej klatki. Świeże powietrze lubisz wdychać albo z poziomu moich ramion, ewentualnie (nie za długo) z wysokości wózka. Nie lubisz jajecznicy, a warzywa udaje mi się przemycić jedynie w zupach (ulubiona - rosół). Nie przepadasz za chlebem, a z wędliny podobnie jak i Siostra tolerujesz tyrolską, parówki, kiełbasę i kabanosy. Surówkami ostentacyjnie plujesz z głośnym jednoczesnym bleee...

Lubię bardzo etap, na którym obecnie jesteś. Już nie niemowlak, ale gdy zasypiasz w moich ramionach, wciąż mam Ciebie malutkiego przed oczami. Mogę jeszcze całować w stopy, udawać łaskoczącego pająka i dmuchać w szyję wiedząc, że jeszcze Cię to bawi. Zapach niemowlęctwa. I łapię te ostatnie chwile, korzystam póki mogę i póki wciąż tego chcesz.

I pamiętaj, o tym, co szepczę Ci codziennie. Bardzo Cię Kocham.

2016-02-02

Najdroższe Istoty,

śpicie od 20.00. Po próbach spania głową na łóżku,a z nogami na podłodze (Marcelka), spaniu z termosem i pustą butelką po mleku (Karol), czytaniu - którego Młodszemu ciężko zaakceptować i wciąż zamyka książkę - zasnęliście. Jedno wtulone w moje plecy (Karol), jedno przytulone do klatki piersiowej z rękoma tradycyjnie w moich włosach. Miarowe oddechy, spokój na twarzach i tylko szum zmywarki i dźwięki wciskanych klawiszy komputera mącą moją trwającą niecałą godzinę ciszę.

Drugi tydzień przyzwyczajam się do domu bez obecności Waszego Taty i cieszę się, że ten stan niebawem wróci do normalności. Widzę w Was - szczególnie w Marcelce - prawdziwą tęsknotę. Smutek, który przez chwilę pojawia się na twarzy, po czym padają słowa: tęsknie za Tatą. Bardzo bym chciała, żeby Tata mnie dziś usypiał. Karol na każdy sygnał domofonu biegnie pod drzwi z błyskiem w oku i krzyczy Tata Tata, i to samo krótkie, choć tak wiele w życiu dzieci znaczące słowo wypowiada zaraz po przebudzeniu patrząc na nasze łóżko. A sobota i niedziela po pięciodniowej nieobecności Taty były prawdziwymi Dniami Ojca. Bo wszystko musiał robić Tata, jak sobie tego zażyczyła Marcelka. Nie Mama, nawet nie Babcia, która na kilka dni przyjechała by nam wszystkim dotrzymać towarzystwa, ale właśnie Tata. 
A ja staram się ogarniać całość i nie dać zwariować. Poranne wybieranie Was obojga, by zdążyć na przedszkolne śniadanie, a i wcześniej zjeść jeszcze w domu. Ułożenie dnia tak, by drzemka Karola nie kolidowała z odbieraniem Starszej. Powrót z przedszkola i spacer, by wyrobić się z obiadem w domu i na czas pójść z Marcelką na tańce. A z kąpielą i kolacją wstrzelić się w ten moment, gdy Wasze zmęczenie nie sięga jeszcze poziomu łez. Do tego intuicyjny balans między Wami, a mną. Jak postępować, by żadne z Was nie czuło się odrzucone, a tak samo ważne i kochane. Jak wytłumaczyć Karolowi, że skoro Mu poświęcam czas przed południem, to popołudniu chcę wysłuchać przedszkolnych opowieści Marceli i porobić to, co Ona w danym momencie ma ochotę robić. Jak wytłumaczyć, że kolejność dawania Wam lekarstw/wyjmowania z kąpieli/nakładania pasty na szczoteczkę/pomoc w ubieraniu/nalewanie soku nie są wyznacznikiem poziomu Miłości Matki. A każde z Was chce być we wszystkim zawsze pierwsze. Jeśli jedno trzymam na rękach, drugie z Was za chwilę domaga się tego samego. Jeśli Marcelka wskakuje mi na kolana, to Karol przybiega i z całych sił łapie mnie za szyję i przytula się tak, jakby chciał się upewnić, że kocham Go wciąż tak samo mocno. Jeśli łaskoczę Karola, za chwilę słyszę: Mamo, teraz mi tak samo. Nie wiem, czy taki element rywalizacji jest zawsze nieodłączny w wychowywaniu rodzeństwa z niewielką różnicą wieku. Czy wraz z upływem miesięcy i lat ta sytuacja zmniejsza poziom natężenia, bo wydaje mi się, że póki dziecko jest dzieckiem w jakimś stopniu zawsze "walczy" o względy rodzica. Staram się być sprawiedliwa, choć wiem, że sprawiedliwości nigdy nie można równać z tym, że każdemu po tyle samo. Bo tak się zwyczajnie nie da. Podkreślam Marcelce momenty, w których Karol okazuje Jej swoją troskę (przynosi kapcie, całuje na dobranoc, woła, gdy na stole czeka obiad, dzieli się czekoladką) i odwrotnie. Bardzo bym chciała byście wzrastali z poczuciem, że jesteście dla siebie najważniejsi,  by wasze wspólne lata spędzone w domu były kiedyś fundamentem pięknej relacji ze świadomością, że jest na świecie osoba - która odbierze telefon o każdej porze dnia, czy nocy, przyjedzie natychmiast, gdy zajdzie taka potrzeba, z którą będziecie mogli wspólnie śmiać się i wspólnie płakać. 
Już teraz z radością obserwuje Wasze wspólne zabawy, ganianie się samochodami po domu, budowanie z klocków i wymyślanie totalnych głupstw, po których muszę sprzątać i zewnętrznie udawać, że jestem wściekła, chociaż w środku cieszę się, że jesteście w tym Razem.

Mamo, jak kiedyś Karolek będzie chodził na tańce ze mną, to będę tańczyła razem z Nim, nie z Kalinką. 
Kalinka, teraz bawię się z Karolkiem, nie mogę z Tobą. 
Sandra, to jest mój brat, On może się tym bawić. 
Mamo, a dlaczego Karolek jest taki fajny? Chcę Go cały czas dotykać, że nie wiem co!
Mamo, zabierz to, bo Karolek może się tym udławić.
Choć Karoluś, pobawimy się.
Brawo Karolek, zrobiłeś siku! Brawo! 

I tak często słyszane w domu, wypowiadane przez Karola: Nena, Nena. Gdy starszej Siostry nie ma przy wspólnym posiłku, gdy wyprzedza Go na schodach, gdy znika zza wózkowego pola widzenia podczas spaceru. Miłość i troska. W prostych, ale jakże znaczących gestach i sytuacjach.

Kocham Was najmocniej na świecie. Każde inaczej, ale tak samo mocno. Potrzebuję chwil, by z każdym z Was być sam na sam i by mieć Was obok siebie razem. Moje Istoty!

2015-12-11

Dzieciarnio,  (bo tak żartobliwie Was czasami nazywam, co bardzo się Marceli podoba i często prosi: Mamo zawołaj swoją Dzieciarnię),

za każdym razem, gdy publikuję kolejny wpis dla Was, o Was, o nas, obiecuję sobie, że to już ostatni raz taka długa przerwa, że będę pisać częściej, po to by samej pamiętać kiedyś więcej, by nie mieć problemu z napisaniem tego wszystkiego, co chciałabym napisać. A potem mija dzień, tydzień, miesiąc, dwa...

W październiku, kiedy to ostatni raz pisałam dla Was, kolejny wpis planowałam na wieczór 20go, bo tego właśnie dnia po raz pierwszy doświadczyłam takich emocji. Zobaczyłam Ciebie Marcelko pośród innych dzieci, przebraną za marchewkę, śpiewającą wspólnie z innymi piosenki, których kompletnie nie pamiętam, za to bardzo dobrze pamiętam recytowany przez Ciebie wierszyk: "wpadła gruszka do fartuszka...". Oczy mi się zeszkliły, gdy tylko przekroczyłam próg przedszkola i dojrzałam w sali stojącą Ciebie, i co chwila podczas przedstawienia zachodziły łzami, gdy uświadamiałam sobie, że jesteś już taka duża, mądra i przeurocza. Od tego dnia - oficjalnie przedszkolak, a ja dumna Mama. Czy kiedykolwiek takie uroczystości będą wzruszały mnie mniej? W przyszły piątek - kolejna. Wspólne z rodzicami kolędowanie, którego nie mogę się już doczekać, a urywkami świątecznych piosenek raczysz mnie ciągle w domu. "W koło choinki, w koło choinki...", "Przyszedł Pan, w kolebusi[...], obok swojej mamusi". 

Październikowe popołudnie, które tak dobrze pamiętam, a w kalendarzu już za moment połowa grudnia. W domu świąteczną atmosferę rozpoczął adwent, o którego istnieniu przypomina nam codziennie otwierana po śniadaniu jedna paczuszka.(zdrobniale, bo to rzeczywiście są paczuszki, - naklejki, kolorowanki, słodkości - drobnostki, które nie miały nadwyrężyć domowego budżetu, a mimo to - wywołać szeroki uśmiech na Waszych twarzach). Tata gałąź przywiózł z lasu, zamontował na ścianie, Mama paczki popakowała w szary papier, ponaklejała gwiazdy z numerami, poozdabiała drewnianymi reniferami i choinkami, i za pomocą sznurka na gałęzi wszystko powiesiła. W ten sposób powstał nasz prywatny kalendarz adwentowy, którego przygotowanie zajęło mi kilka wieczorów, dało mnóstwo radości, a teraz cieszy oko, bo jest jednocześnie fajną dekoracją świąteczną w naszych salonie. Piątego grudnia cały dom wypełnił zapach pieczonych pierników. Lukrowaliście, posypywaliście, przyklejaliście srebrne kuleczki, wyjadaliście posypki rękoma, zlizywaliście przesłodki lukier ze świeżo upieczonych, jeszcze ciepłych pierników, kilkanaście zjedliśmy od razu, kilka ponadgryzaliście, Tata kilka razy zamiatał, bo kolorowe kuleczki, czekoladowe wiórki roznosiliście po całym domu. A teraz czekamy, aż zamknięte w zielonym pudełku po klockach Lego pierniki zmiękną i będziemy się nimi zajadać w czasie świąt. Wieczorem wspólnie przygotowaliśmy posiłek dla Świętego Mikołaja - ciepłe mleko w żółtym kubku, kilka pierników w misce, "Mamo, i marchewka dla reniferów". "Mamo, a my mamy w domu komin? To jak Mikołaj do nas wejdzie?" I jakież zdziwienie było rano, nie prezentami, a faktem, że nie ma żółtego kubka po mleku...A Mikołaj - kulturalny facet, wypił, zmył i odstawił na szafkę. A Mama...? No cóż, gapa. Zdarza się każdemu. :)
I choć otrzymaliście prezenty, to największą radość sprawiły Wam żelki (zjadane na prawdę od święta), miska popcornu i bajka o świętym Mikołaju, wspólny spacer po Starym Mieście, biegi wokół pełnej światełek choinki, możliwość wejścia do ogromnej, świecącej się bombki i gorąca czekolada z bitą śmietaną w kawiarni. Dobry, wspólny czas. I mąż się tak uroczo uśmiechał w tym świątecznym blasku. 
Salon mamy już w połowie udekorowany, w Waszym pokoju palą się choinkowe lampki, które szczególnie Marcelce sprawiają mnóstwo radości i codziennie zasypiamy, czytając książki przy ich ciepłym świetle. A jeszcze z kalendarzowych zadań czeka nas Dzień Kolęd, czytanie biblijnych powieści o Narodzinach Pana Jezusa i oczywiście ubieranie choinki - chociaż na razie trudno jest mi sobie wyobrazić STOJĄCĄ choinkę, na której WISZĄ bombki, łańcuchy i kolorowe ozdoby , i jakoś nie widzę Karolka, który tylko oczami spogląda na te wszystkie świecidła, a srebrnymi koralikami nie obwiesza całego siebie. 
Ale to wszystko ma swój urok. Najpiękniejszy przecież czas w roku. 

W drugiej połowie listopada, przez dwa tygodnie po osiem godzin dziennie uczestniczyłam w kursie. Czas się w końcu przekwalifikować, pomyśleć o swoim udziale w domowym budżecie i rozwoju siebie. I wiecie, ten ośmiogodzinny system szkolenia, kiedy to wychodziłam rano na przystanek, popołudniu traciłam mnóstwo czasu na powrót autobusem do domu, uświadomił mi, jak mam dobrze będąc z Wami w domu. I jak podziwiam te Mamy, które poza obowiązkami związanymi z dziećmi i domem, mają również pracę zawodową. Miałam wrażenie, że nie mam czasu kompletnie na nic. Kiedy wracałam - była już prawie 17. Czyli niewiele ponad trzy godziny czasu z Wami. Czasu na to, by zjeść obiad, pobawić się, porozmawiać, dowiedzieć, co działo się w przedszkolu, wykąpać, poczytać przed zaśnięciem. A, gdy w domu panowała zupełna cisza, zabierałam się za szykowanie Wam obiadu/zupy na następny dzień, ogarniałam pranie i porządki "po swojemu". Nic nie czytałam, nic nie oglądałam, bo zwyczajnie nie miałam czasu i jednocześnie starałam się chodzić wcześniej, niż zazwyczaj spać. 

Było mi zdecydowanie za mało Was. Jesteście moim priorytetem i chociaż wiem, że zarówno praca zawodowa, rozwój osobisty są niezmiernie ważne w życiu każdego człowieka, ja chcę - póki mogę być jeszcze z Wami. I myślę, spoglądam w przyszłość i zastanawiam się, w którym kierunku pójść - by z Wami być jak najdłużej. W książce, którą podkradłam Tacie "Everest - na pewną śmierć", przeczytałam o tym, jakie myśli towarzyszyły człowiekowi, który był przekonany, że za chwilę umrze i nie wiedział jeszcze o tym, że od losu otrzyma jeszcze jedną szansę - drugie życie. "Może wasze myśli będą inne, ale mogę was zapewnić, że nie będziecie się skupiać na swoich sukcesach ani na materialnych aspektach życia". Dlatego jestem. I chciałabym byście i Wy w przyszłości dokonywali wyborów kierując się tym, co podpowiada Wam serce. Nie idźcie ślepo za innymi, nie dajcie sobie wmówić, że Wasz wybór jest gorszy. Kierujcie swoim życiem, tak jak Wy chcecie. A wtedy będziecie zwyczajnie, po ludzki szczęśliwi!

Z grudniowymi pozdrowieniami,
Wasza Mama.